niedziela, 17 lipca 2016

Kalicińscy od kuchni czyli rodzeństwo przy garach

Ludzie, ja jestem za stara na kupowanie książek kucharskich - taka była moja reakcja, kiedy zobaczyłam tę pozycję na Warszawskich Targach Książki. I chociaż Panią Małgosię uwielbiam, wpadłam na stoisko pogadać, to jednak nie kupiłam, głównie z powodu ciężaru rzeczywistego, bo jednak muszę jeszcze z tymi knigami przez kontynent przefrunąć.
No, ale to przeznaczenie, znak jakiś chyba, bo wylosowałam w blogowej zabawie, czy co to było, nawet nie wiem, poszłam głównie spotkać znajomych blogerów. Paczę, słyszę, Kalicińscy od kuchni, kto bierze, i zanim się w ogóle zorientowałam, co ja wyprawiam, rękę podniosłam.
Po czym, zaraz po powrocie z Polski, przeszłam na oczyszczającą dietę wegańską i do tego bezglutenową - don't even ask. Kiedyś to opiszę.
Książka Pani Małgorzaty i jej brata musiała poczekać.
Niedawno wzięłam ją ze sobą do łóżka poczytać, co też tam jest ciekawego. W moim wieku ma się kilka ukochanych dań, kilka takich, co muszą być, kiedy dzieci przyjeżdżają do domu i jakieś tam nowości z internetu albo od znajomych, a najbardziej to po prostu już mi się nie chce wydziwiać i gotować, bo gary przestały mnie najzwyczajniej interesować. Szkoda, że jedzenie jakby nadal bardzo jest w kręgu ścisłego targetu, cieszyłabym się, gdyby też nie.
Poczytałam i oszalałam. Najbardziej podoba mi się gawędzenie w tej książce. To trochę tak, jakby człowiek zawitał do znajomych i z nimi razem gotował, a raczej pomagał w przygotowywaniu tego, co oni tam zaplanowali, żeby nas ugościć. Można wtedy popijać wino albo piwo, wyjadać pokrojone do zapiekanki czy zupy warzywa, oberwać ścierką przez łeb i śmiać się ze wspomnień o soku Dodoni.
Nie bardzo mogę się objadać tym, co oni tam proponują, bo niestety tyję nawet wtedy, kiedy zazdroszczę innym, że jedzą tort. Za nich. A może właśnie dlatego tyję, że zazdroszczę? Nawet nie będę w to dalej brnąć, bo od razu mi się chce tego tortu, o którym myślę i za godzinę będę miała kilogram więcej w pasie. A przyjemności zero, haha. To może już lepiej zjeść? I tak doszłam do wniosku, że może i nie nadają się dla mnie te propozycje na codzienne posiłki, ale od czasu do czasu, po jakimś dłuższym okresie treningów i oszczędzania się kalorycznego, taki szok dla systemu w postaci Chorwackiego ciasta filo z ziemniakami albo Banicy, którą Małgorzata Kalicińska podała za Ałbeną Grabowską, którą znam i uwielbiam (autorkę, nie Banicę), jest wskazany. Podobno. Będę się tego w każdym razie trzymać i proszę mnie nie wyprowadzać z błędu.
Od razu mi się lżej na duszy zrobiło.
Mam teraz taką zabawę albo nawet swego rodzaju nagrodę, że jak się ućwiczę, już po wszelkich ablucjach prysznicowo-suszarkowych, otwieram tę książkę i planuję, co to ja sobie w weekend z niej upichcę. A jest z czego wybierać, bo poza wspomnianymi wyżej potrawami bałkańskimi, są jeszcze i swojskie naleśniki gryczane zapiekane z jajkiem w okienku, albo słodkie placki, albo krem z wędzonego pstrąga, a już rozdział o tempurze mnie po prostu rozłożył na łopatki, bo ta 'dziedzina' czyli ciastowe otoczki z tempury, w kuchni japońskiej zawsze mnie zachwyca (a nie mogę, nie powinnam, a do diabła z tym).
I tak to właśnie wygląda. Żadnej litości dla odchudzających w tej książce, ale czyż nie jest tak, że jak się jedzie do przyjaciół z wizytą, to wszelkie diety ma się w głębokim zapomnieniu, bo najważniejsze jest wspólne biesiadowanie zakrapiane uważnymi, życzliwymi rozmowami.
A Pani Małgorzata i Pan Mirosław wyglądają na takich, z którymi wieczór właśnie tak się spędza.
Polecam tę książkę, zawiera mnóstwo wspaniałych przepisów, jest pięknie wydana i ciekawa w warstwie tekstowej, a to nie jest wcale takie częste. I ma w sobie fantazję ludzi z wyobraźnią, ale nie przekombinowaną. Przejrzyjcie ją, na pewno Was zainteresuje.

Kalicińscy od kuchni czyli rodzeństwo przy garach

Ludzie, ja jestem za stara na kupowanie książek kucharskich - taka była moja reakcja, kiedy zobaczyłam tę pozycję na Warszawskich Targach Książki. I chociaż Panią Małgosię uwielbiam, wpadłam na stoisko pogadać, to jednak nie kupiłam, głównie z powodu ciężaru rzeczywistego, bo jednak muszę jeszcze z tymi knigami przez kontynent przefrunąć.
No, ale to przeznaczenie, znak jakiś chyba, bo wylosowałam w blogowej zabawie, czy co to było, nawet nie wiem, poszłam głównie spotkać znajomych blogerów. Paczę, słyszę, Kalicińscy od kuchni, kto bierze, i zanim się w ogóle zorientowałam, co ja wyprawiam, rękę podniosłam.
Po czym, zaraz po powrocie z Polski, przeszłam na oczyszczającą dietę wegańską i do tego bezglutenową - don't even ask. Kiedyś to opiszę.
Książka Pani Małgorzaty i jej brata musiała poczekać.
Niedawno wzięłam ją ze sobą do łóżka poczytać, co też tam jest ciekawego. W moim wieku ma się kilka ukochanych dań, kilka takich, co muszą być, kiedy dzieci przyjeżdżają do domu i jakieś tam nowości z internetu albo od znajomych, a najbardziej to po prostu już mi się nie chce wydziwiać i gotować, bo gary przestały mnie najzwyczajniej interesować. Szkoda, że jedzenie jakby nadal bardzo jest w kręgu ścisłego targetu, cieszyłabym się, gdyby też nie.
Poczytałam i oszalałam. Najbardziej podoba mi się gawędzenie w tej książce. To trochę tak, jakby człowiek zawitał do znajomych i z nimi razem gotował, a raczej pomagał w przygotowywaniu tego, co oni tam zaplanowali, żeby nas ugościć. Można wtedy popijać wino albo piwo, wyjadać pokrojone do zapiekanki czy zupy warzywa, oberwać ścierką przez łeb i śmiać się ze wspomnień o soku Dodoni.
Nie bardzo mogę się objadać tym, co oni tam proponują, bo niestety tyję nawet wtedy, kiedy zazdroszczę innym, że jedzą tort. Za nich. A może właśnie dlatego tyję, że zazdroszczę? Nawet nie będę w to dalej brnąć, bo od razu mi się chce tego tortu, o którym myślę i za godzinę będę miała kilogram więcej w pasie. A przyjemności zero, haha. To może już lepiej zjeść? I tak doszłam do wniosku, że może i nie nadają się dla mnie te propozycje na codzienne posiłki, ale od czasu do czasu, po jakimś dłuższym okresie treningów i oszczędzania się kalorycznego, taki szok dla systemu w postaci Chorwackiego ciasta filo z ziemniakami albo Banicy, którą Małgorzata Kalicińska podała za Ałbeną Grabowską, którą znam i uwielbiam (autorkę, nie Banicę), jest wskazany. Podobno. Będę się tego w każdym razie trzymać i proszę mnie nie wyprowadzać z błędu.
Od razu mi się lżej na duszy zrobiło.
Mam teraz taką zabawę albo nawet swego rodzaju nagrodę, że jak się ućwiczę, już po wszelkich ablucjach prysznicowo-suszarkowych, otwieram tę książkę i planuję, co to ja sobie w weekend z niej upichcę. A jest z czego wybierać, bo poza wspomnianymi wyżej potrawami bałkańskimi, są jeszcze i swojskie naleśniki gryczane zapiekane z jajkiem w okienku, albo słodkie placki, albo krem z wędzonego pstrąga, a już rozdział o tempurze mnie po prostu rozłożył na łopatki, bo ta 'dziedzina' czyli ciastowe otoczki z tempury, w kuchni japońskiej zawsze mnie zachwyca (a nie mogę, nie powinnam, a do diabła z tym).
I tak to właśnie wygląda. Żadnej litości dla odchudzających w tej książce, ale czyż nie jest tak, że jak się jedzie do przyjaciół z wizytą, to wszelkie diety ma się w głębokim zapomnieniu, bo najważniejsze jest wspólne biesiadowanie zakrapiane uważnymi, życzliwymi rozmowami.
A Pani Małgorzata i Pan Mirosław wyglądają na takich, z którymi wieczór właśnie tak się spędza.
Polecam tę książkę, zawiera mnóstwo wspaniałych przepisów, jest pięknie wydana i ciekawa w warstwie tekstowej, a to nie jest wcale takie częste. I ma w sobie fantazję ludzi z wyobraźnią, ale nie przekombinowaną. Przejrzyjcie ją, na pewno Was zainteresuje.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Żeby nie było śladów - Cezary Łazarewicz.

Niepotrzebnie ociągałam się z notką o tej książce, bo jednak dużo lepiej pisze mi się w emocjach. Chciałam ochłonąć, teraz wyjdzie na to, że w ogóle na mnie nie zrobiła wrażenia. A tak nie jest, naprawdę zmiotła mnie z nóg, z wielu względów.



Patrzyłam na ten materiał oczami wielu osób, nie na raz, przełączałam się od jednej do drugiej według rytmu opowieści, a zawleczką była treść i to, jak na mnie oddziaływała - raz widziałam siebie z tamtego czasu, potem Przemyka, w rozdziałach zajmujących się Basią Sadowską, byłam matką, a momentami dziewczyną Grześka. 

Pamiętam tę sprawę, dużo się o tym mówiło, rodzice i ich znajomi dyskutowali o możliwych scenariuszach, co tam się stało? Że zawiniła milicja to było jasne, ale jak, dlaczego? W tamtych czasach ludzie spotykali się w domach, sałatki, jakieś pasztety (łatwiej było kupić od chłopa mięso, kurę, zmielić i upiec, niż kupić wędlinę), no i oczywiście wódeczka. Im więcej, tym więcej złości na to wszystko. 
Byłam niewiele młodsza od Przemyka, zaczynałam liceum, kiedy on robił maturę. Wprawdzie bardziej zajmowała nas sprawa zmiany szkoły i pierwsze fascynacje nowymi kolegami z klasy, ale jednak coś tam do naszych 'niebiesko-migdałowych' głów docierało. Baliśmy się, że wszyscy tak skończymy. 

Cezary Łazarewicz pisze nie tylko o procesie i dochodzeniu, ale też i o dzieciństwie Przemyka, jego mamie, babci, ojcu, sytuacji w rodzinie. Wtedy działo się we mnie najwięcej, bo przecież wiemy, co się stało, a kiedy tak się cofamy, to jakby szukać winnych zbrodni, i mowa tu nie tylko o milicjantach. Dlaczego to się stało, czy musiało? Jaki zestaw przypadków, zdarzeń, jakie uwarunkowania doprowadziły do tej tragedii?  Czy można było jej zapobiec? Może inaczej go wychowywać, może bardziej uczulić, może więcej pilnować? Matka Przemyka uznawała, że nie można człowieka wychowywać, że najważniejsza jest wolność jednostki, nawet tak młodej, jej prawo do doświadczania, popełniania błędów. Bardzo się oburzyłam na takie postawienie sprawy, bo jako matka jestem przekonana, że dzieci ponad wszystko potrzebują jasnych reguł, ustanowienia granic postępowania. Czasem trzeba pozwolić na to, żeby dziecko się sparzyło, ale w sposób kontrolowany, ostrzegawczo, a nie żeby od razu skóra z mięśniami zeszła. 
Miałam wrażenie, że ona tak postanowiła, bo nie umiała inaczej, że była wrażliwa i nieporadna i tak naprawdę nie umiała być matką, dla siebie też nie była czasem 'dorosła'. Ale co ja tam wiem, od razu się upominałam - przecież jej nie znasz, nie byłaś w jej butach, nie możesz oceniać. No to i starałam się nie, ale bardzo mi było trudno zachować spokój, kiedy czytałam o tym, że mały Grześ prosił ciocie czasem o coś do jedzenia. Albo plątał się między tłumami ludzi w domu. Co to w ogóle za zwyczaj robienia dworca z domu, kiedy jest w nim dziecko, chodzi do szkoły, potrzebuje spokoju, bezpiecznej rutyny. Może nie jakiejś przesadnej, ale minimum przyzwoitości w tym wszystkim powinno być, 'wielka sprawa' tego nie tłumaczy. Matki miały obowiązek najpierw zadbać o dzieci, a dopiero potem o ojczyznę. Albo dziecko do ojca i walcz kobieto do krwi ostatniej. 

Zresztą wszyscy spodziewaliśmy się, że Przemyk był męczennikiem, a wyszło na to, że to nadgorliwy milicjant czy ZOMOwiec postanowił udowodnić, kto jest silniejszym jeleniem na rykowisku. Grzegorz pokazał brak respektu, a ten prosty chłopak w mundurze tak tylko umiał nauczyć go moresu. Zresztą ZOMOWcy byli odpowiednio szkoleni, nieźle prali im mózgi, specjalnie brali ich z maleńkich miejscowości, wsi na rubieżach kraju, żeby widzieli w tym awans, a jednocześnie byli prostej konstrukcji moralnej.

Zmagałam się z tymi myślami, wracały wspomnienia, własne doświadczenia, również te związane z pierwszymi zauroczeniami, związkami, bo przecież i postać dziewczyny Grzegorza przewija się przez całą książkę. Jak ja bym postąpiła, czy trwała w pamięci o nim latami, czy starała się, może nie zapomnieć, ale jednak przejść nad tym do porządku dziennego (i po jakim czasie?), żyć po prostu. Przecież młoda dziewczyna musiała mieć silny instynkt samozachowawczy, a jeśli tkwiła cały czas 'w tej historii', to czy było to z własnej woli, czy poddała się presji matki i środowiska, temu, że ono chciało widzieć w nich bohaterki i męczennice. 
Okrutnie to może brzmi, ale jestem za dążeniem w stronę światła, nie nurzaniem się w rozpaczy bez końca. Wiem, co mówię, bo też straciłam dziecko, wprawdzie nie w takich okolicznościach i nie tak duże, ale strata to strata, nie da się tego w ogóle klasyfikować. 
Chyba, że pod względem poczucia winy - inaczej jest, kiedy człowiek wie, że zrobił wszystko, a inaczej, kiedy wyrzuca sobie, że mógł coś zrobić, żeby zapobiec. Tego Basi Sadowskiej nie zazdroszczę. 
Ale przyznam, że momentami jej nie lubiłam, za to niepozbieranie, stawianie potrzeb obcych ludzi czasem ponad własne dziecko. Dużo jest o jej dobrym sercu, o jej zwróceniu się w stronę boga, ale mnie to w ogóle nie imponuje, bo uważam, że trzeba się starać po równo na każdym polu, a nie na jednym bardziej niż na drugim, bo jednych ratować, krzywdząc innych, to nie jest cnota. Bardzo źle się z tym czułam, bo uważam, że człowiek nie powinien pochopnie oceniać, a ja nie mam wszystkich danych. Ale w głowie się roiło, w sercu co chwila małe ukłucie i 'opinia' już gotowa.

Bardzo męczyła mnie ta niemoc - dochodzenie, które wiadomo, że nie dojdzie sprawiedliwości, starania rodziców, matactwa rządu, był nawet moment, że nie mogłam sobie znaleźć miejsca, ani leżeć, ani siedzieć, kończyłam tę książkę na kolanach oparta o łóżko. 
Nie rozumiem, dlaczego oni wtedy nie przyznali się do tego, że za mocno go pobili, przecież więcej by tym zyskali, niż kłamstwami. No, ale retoryka była wtedy inna, pewnie już inaczej nie umieli.
Nie podobał mi się powrót do tamtych czasów, bo je za dobrze pamiętam i za bardzo nie chciałabym znowu w nich żyć. 
Miałam nawet taki imperatyw zatrzymania się mentalnie w 'tu i teraz'. Czytałam w kafejce obok perfumerii, wypadłam na chwilę, popsiukałam (widać, że chowana na Musierowiczowej jestem) dwa paski luksusowymi perfumami, o których marzę i wetknęłam w książkę. Czytając pachniało mi 'zachodem' i utrzymywało mnie to w rzeczywistości, całe szczęście, bo kiedy czyta się Łazarewicza, bardzo łatwo przenieść się wstecz do lat osiemdziesiątych. 

Na końcu książki jest przytoczony wpis do pamiętnika, który Grzegorz Przemyk umieścił dla brata Michała. Popłakałam się nad tym, bo zdałam sobie sprawę, że został zabity niezwykle wartościowy młody człowiek, oczywiście wiedziałam o tym wcześniej, ale jego własne słowa pozostawione dla dużo młodszego brata, coś w rodzaju dekalogu, dobitnie mi to uświadomiły. Straszne to - dla mnie jako niewiele młodszej 'koleżanki', dla mnie jako matki, dla mnie jako czyjejś dziewczyny, dla mnie żony, a on już nie miał możliwości jej mieć, dla mnie jako Polki, że w takich czasach przyszło mi żyć i ile nam w związku z tym odebrano. 

Jedno się oprawcom nie udało, mieli bić tak, żeby nie było śladów, a zostawili ich wiele na nas. Może i nie ma sprawiedliwości, ale nie sądzę, żeby ten, który rzekomo zadał śmiertelne ciosy, miał takie fajne życie. Mam nadzieję, że nie. 

sobota, 9 kwietnia 2016

Mistrzynie Anny Luboń, czyli kto by nie chciał mieć takich przyjaciółek.

Mam zaszczyt i honor znać Annę Luboń. Nie ma to znaczenia dla tego, co teraz tu napiszę o książce, najwyżej nie wspomniałabym o niej na blogu wcale, gdyby była słaba (niemożliwe oczywiście), ale ma znaczenie dla atmosfery czytania, bowiem wiedząc, że Anna jest wielbicielką muzyki poważnej, na czas lektury jej książki wybrałam sobie kilka utworów, które towarzyszyły mi w ten czas. Nie jest to jej ulubiony Penderecki, bo dla mnie niestety to o jeden most za daleko, ale Mozart dlaczego nie? Nie będę Was tu całą play-listą zajmować, ale ten koncert na klarnet tak lubię, że postanowiłam go tu wkleić. Założę się, że nawet ci, którzy nie są pewni, czy lubią taką muzykę, ulegną jej czarowi.



Nie wiem, jak Wy, ale ja bardzo lubię mądre kobiety. Oczywiście wolę móc zasiąść z nimi do rozmowy osobiście, ale jeśli się nie da, zawsze jestem bardzo ciekawa, co mają do powiedzenia w wywiadach. Mam ograniczony dostęp do polskiej prasy, nie czytałam żadnego z tych wywiadów w Elle, ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam je zebrane w jednym miejscu. 



Najpierw notowałam sobie smaczki na zakładce, tej pięknej kartce-zaproszeniu na wystawę zdjęć, ale po jakimś czasie zorientowałam się, że to bez sensu i zakreślałam radośnie w książce. Nie mam tego zwyczaju, chowana w czasach, kiedy czytało się książki pożyczone od znajomych i z biblioteki, ale teraz pomyślałam, że warto. Zresztą mam zamiar tak robić częściej.
Zacny zestaw gości nam Anna Luboń zafundowała. 
Zaczęła od Gosi Baczyńskiej, polskiej projektantki, której nie trzeba nikomu przedstawiać, nawet tym, którzy zawsze chodzą w dżinsach i czarnej koszulce. Wzruszyła mnie opowieść o tym, jak dzielnie dawała sobie radę za młodu w Londynie, pomyślałam o niej, jak o swojej córce wchodzącej w życie i od razu mi się cieplej w sercu zrobiło. A to Mistrzyni przecież, a nie niegdysiejsza dziewczyna z marzeniami. Teraz może być przykładem dla innych. 

Henryka Bochniarz - zawsze ją podziwiałam, tu znalazłam z nią 'wspólny język' w tym, co powiedziała o rodzinie na emigracji - wylądowali w obcym kraju, dzieci nie znały języka, mieli tylko siebie i to ich szalenie zbliżyło. Z nami było tak samo, takie 'traumy', nawet jeśli są ostatecznie zwycięstwem, bardzo hartują i budzą silną potrzebę jedności i bliskości w grupie ludzi, w tym wypadku rodzinie, która przez to przechodzi razem. 

Dorota Czarnota - to o niej pisałam na FB, że zapytała ojca, co to znaczy gentleman, a on odpowiedział, że to taki człowiek, który nie robi innym przykrości. Pomyślałam zaraz - chcę być gentleman'em, nieważne, że nie mogłabym nim być, bo to słowo określa mężczyznę :-) Chcę i już. I będę! Zawsze w mapie życzeń piszę - chcę być dobrym człowiekiem, żeby mi przypadkiem kiedyś nie odbiło, może dlatego dobitnie ta anegdota do mnie trafiła, jak również to, co powiedziała ta słynna 'łowczyni głów', że podczas rozmów kwalifikacyjnych bez względu na wszystko trzeba zawsze być sobą, bo i tak wyjdzie, kiedy człowiek udaje. Zawsze to powtarzam, że nie ma sensu kreowanie przed innymi swojego nieprawdziwego obrazu, bo związek pracodawca-pracownik to jak każdy inny dwóch ludzi - trzeba zatrybic ze sobą tak, żeby można było obcować i pracować razem dłużej. Niepotrzebnie udawałabym cichą myszkę mówiącą na poziomie głośności minus jeden, żeby potem wparować rano do pracy z jowialnym - dzień dobry wszystkim, jaki piękny dzień. 

Agnieszka Duczmal - pamiętam, jeszcze jako dziecko, jej początki, kobiecie dyrygującej orkiestrą nie mogło być łatwo, a tu jeszcze i dzieci, i mąż muzyk. Bardzo ją podziwiam. Niewiele o niej wiedziałam, czytałam z zapartym tchem.

Irena Eris - tu z kolei pamiętam w 1986 roku jak zjechałam do Warszawy na nauki, pierwsze zadanie od mamy - namierz i kup mi krem od Ireny Eris. Wiozłam jej go potem do Koszalina jak jakiś skarb. Wielokrotnie robiłam potem jeszcze takie zakupy, też dla siebie, już jako młoda mama i żona. Do tej pory używam różnych jej produktów, polecony przez Paulinę z Miasta Książek peeling enzymatyczny to jakieś mistrzostwo świata jest. Nigdy nie miałam lepszego. I zwróćcie uwagę na opakowanie, białe pudełko wsuwa się w srebrną obwolutę, a w środku tubka jak od Diora, w kolorze perłowego jasnego różu. Światowa liga, i pod względem jakości, i wyglądu, a cena przystępna. 
Bardzo ciekawe dowiedzieć się, jak do tego doszła. 


Krystyna Kaszuba - dla mnie największa małmazja. Znałam ją jako naczelną Twojego Stylu, w sensie, wiedziałam, że nią jest i czasem gdzieś tam mignęła w mediach, ale o niej niewiele było wiadomo, a o początkach TS to już w ogóle nic. Natomiast ten magazyn jest dla mnie bardzo znaczący, i to najbardziej za rządów Pani Krystyny Kaszuby właśnie. Kojarzy mi się z córką i rozpoczęciem największej przygody mojego życia, z macierzyństwem, czasem, kiedy z dziewczyny stałam się kobietą. Michalina urodziła się w sierpniu, ale najpierw była fałszywy alarm, jakoś tak pod koniec lipca. W drodze do szpitala kupiłam właśnie premierowy Twój Styl, a że byłam dopiero co po półrocznym pobycie w Stanach, zachwyciłam się, wręcz zachłysnęłam faktem, że magazyn podobny tym amerykańskim, wychodzi właśnie w Polsce. Czytam Twój Styl do dziś, staram się każdy numer, do tej pory uważam, że jest najlepszy na rynku magazynów luksusowych (obok Pani i Zwierciadła, ale te czytam już sporadycznie). Bardzo ciekawa opowieść i niezwykła kobieta. 

Ewa Kuryłowicz, o niej wiedziałam najmniej, znałam najsłabiej, bo nie interesuję się architekturą, tym łacniej przeczytałam rozmowę z nią. Wszak wiadomo, że to wyjątkowa kobieta, skoro znalazła się w tym gronie. 

Janina Paradowska - też od zawsze, zawszyście i niezmiennie uwielbiam. Czytam, słucham, jej nazwisko to znak jakości. Bardzo mnie onieśmiela, zdaje się być 'na wysokościach', nie odważyłam się do niej podejść na Targach Książki kilka lat temu, chociaż była wolna. Rzadko mi się to zdarza, teraz żałuję. Pięknie mówiła o swoim zawodzie, o etosie dziennikarza, ale tak bez zadęcia, że ta robota musi być wykonana porządnie po prostu. Lubię też jej styl, zawsze elegancka, kobieca, ale inaczej niż Monika Olejnik na przykład, która potrafi mnie zszokować występując w swoim programie w TV w kolczykach pasujących bardziej na bal sylwestrowy niż na taką okazję. 

Dorota Roqueplo - lubię wiedzieć, kto robi kostiumy do filmów i doskonale znam jej prace. Rozbawiło mnie trochę wspomnienie, że niedawno pracowała przy Mszy za miasto Arras z Gajosem, przecież on tam siedzi w garniturze, pomyślałam, co tam było trzeba robić? No, ale najwidoczniej trzeba :-) Bardzo ciekawa ta opowieść o dziewczynie, która urodzona w Paryżu, w nastoletnim życiu zamienia go na Polskę, a to nie były tak barwne i dobre czasy jak teraz, a późne lata siedemdziesiąte. Założę się, że trochę koszmar, ale umiała z tego wziąć, co najlepsze. Artystyczna, ciekawa dusza. 

Anda Rottenbarg - do tej pani to ja mam stosunek 'czuły', jak do kobiety silnej i słabej jednocześnie. A poza tym doświadczonej przez los i środowisko tak, że ja bym chyba położyła się i siłą woli umarła. Bardzo podziwiam, też za jej niepokorę i wielką odwagę zawodową. Powiedziała u siebie coś ważnego - "Nie rozliczam ludzi z tempa pracy, oczekuję rezultatów. (...) Zawsze wierzę w dobrą wolę ludzi, z którymi pracuję. (...) U pracowników nie zniosłaby olewania. "Jeśli ktoś nie nadąża, nie musi pracować na froncie, zawsze znajdzie sobie swoją niszę". W okrutnym świecie należącym teraz do pracodawców, chyba wielu o tym zapomina, łatwiej ludzi wyrzucić niż znaleźć dla nich odpowiednie miejsce, dobrze nimi zarządzić. 
I jeszcze jedno znalazłam w tym wywiadzie - "Mogąc więcej, nie chcę mniej" - to nie jest myśl Andy Rottenberg, ale jej pasuje i mnie też bardzo. Muszę sobie napisać i powiesić nad biurkiem. 
Na końcu czytam u niej - "Są ludzie, którzy uważają, że każdy dzień jest taki sam. I są tacy, którzy twierdzą, że każdy jest inny". Zapytana, czy chciałaby, żeby każdy dzień był inny odpowiedziała, że tak. A ja do tej pory nad tym myślę, bo zdarza mi się uważać, że czasem takie same dni to jednak odpoczynek dla 'wojownika'. Ale może nie mam racji, przecież czasem wściekam się, że za mało się dzieje. Zastanów się Kaśka - upominam siebie. No to się właśnie zastanawiam :-)
Już pomijając, że z innej strony na to patrząc, to dwa takie same dni zdarzają się tylko ludziom nieuważnym. Albo bezmyślnym. 

Beata Stasińska - tu do czegoś się przyznam, miałam bardzo niedawno okazję, przypadek taki, rozmawiać z nią przez godzinę. Nie ma się czym chwalić, na pewno już mnie nie pamięta, byłam w towarzystwie osoby, którą zna. To było moje pierwsze spotkanie z, co by nie mówić, legendą polskiego rynku wydawniczego, do tego czynną, więc nie jakiś pomnik, tylko kobieta 'na traktorze'. I jak to w takich przypadkach, kiedy kogoś wcale się nie zna, przyglądałam się i słuchałam uważnie, zbierałam ziarenka wrażeń w garść, chciałam bardzo załapać, na czym polega jej fenomen. Nietrudno - niezwykła inteligencja, oczytanie, mądra kobieta po prostu. Ale oczywiście, jak w każdym człowieku, wiele w niej półcieni i barw, co w rozmowie Anny Luboń odnajduję. I tu chyba najbardziej uwidoczniło się mistrzostwo tych wywiadów, bo mogłam skonfrontować, co dostaje człowiek, który w ogóle nie zna osoby 'wywiadowanej'. Okazało się, że dostaje to, co w takim wymiarze jest możliwe, może nie pełny obraz, ale skondensowany pakuneczek jednak tak. Znalazłam w tej rozmowie wszystkie te ziarenka, które trzymałam w garści po skończeniu przypadkowego, jakże fortunnego spotkania. Fortunnego oczywiście dla mnie, bo co będę ściemniać, przywampirzyłam trochę jej energii, wiedzy, spojrzenia na świat, takie spotkania zawsze pozostawiają w człowieku ślad. 

Janina Stępińska - kardiolożka, świat dla mnie najbardziej obcy, ale jedno człowiek wie - tam się dzieje i to jak. I zawsze dotyczy spraw ostatecznych. Nie mogłabym tak. A ona z powodzeniem tyle lat i jest świetna. Arcy ciekawa kobieta. 

Ewa Wycichowska - zajrzałam do świata baletu, tańca nowoczesnego, choreografii, a w tym wszystkim kobiety i matki. Pasjonujące. 

Jedna wspólna wszystkim bohaterkom myśl przyszła mi do głowy po przeczytaniu tych rozmów - gdybyż tak znać te panie i móc czasem z nimi rozmawiać. 

Czytałam ten zbiór wywiadów powoli, nigdzie się nie spieszyłam, bo kiedy ma się okazję do ciekawej rozmowy w dobrym towarzystwie, pośpiech to przestępstwo przeciwko samemu sobie. 
Od dawna czuję potrzebę slow life w takich chwilach, nie zaliczam już zachłannie kolejnych tytułów, nie napycham się jak gęś smalcem, przecież tak naprawdę chodzi nie o ilość, a o jakość. Własnych przemyśleń też.
Teraz sięgam po eseje Brodskiego i będę czytać jeszcze wolniej. A w przerwach rozmowę z Barbarą Krafftówną, taki rarytas, to gdzie ja będę pędzić? 

Polecam. Anna Luboń to czternasta Mistrzyni w tej książce. Gratuluję serdecznie. 



piątek, 1 kwietnia 2016

Kto zabił fabułę? - blogery piszom

Mamy już pozwolenie, żeby się chwalić, to się chwalę, a co. W lecie, prawdopodobnie 22 czerwca, ale datę, jak również wydawcę podamy do wiadomości wkrótce, taka umowa, ukaże się antologia opowiadań kryminalnych napisanych przez blogerów książkowych pt. Kto zabił fabułę?
Znane wydawnictwo (tak prestiżowe, że nam kapcie pospadały z wrażenia) zwróciło się do nas z propozycją napisania opowiadania, warunek był jeden - kryminalne i ma się dziać w środowisku blogerów, wydawców, krytyków, prasy opiniotwórczej związanej z wydawnictwami, wszędzie, byle wiązało się z książką. Jest to część letniej kampanii promującej czytelnictwo i pisanie o książkach. 
Nie wiem, ilu blogerów dostało propozycję, ostatecznie przeszły opowiadania napisane przez: Piotra Zacofanego w lekturze, Elę Czytam, bo muszę, Agnieszkę z Książkowo, Janka z Tramwaju nr 4, , Paulinę z Miasta Książek i Kasię z Mojej Pasieki i moją skromną osobę. Bardzo jestem szczęśliwa, że znalazłam się w tym gronie. Tym bardziej, że pierwszy raz w życiu zmierzyłam się z historią kryminalną, do tej pory myślałam, że nie umiem i to zdecydowanie nie moja bajka.
O Bogu, co ze mnie przy tym pisaniu wyszło. Myślałam, że raczej pójdę w rejony Joanny Chmielewskiej czy też Marioli Zaczyńskiej, a skończyło się na tym, że Janek godnie i ze śpiewem na ustach wszedł w to poletko, a ja, wbrew swoim własnym oczekiwaniom, wystrzeliłam jak filip z konopi opowiadaniem inspirowanym Czerwonym smokiem Thomasa Harrisa. Nie wiedziałam o tym, kiedy pisałam, ale zauważył to redaktor prowadzący, że sam mistrz by się nie powstydził. 
No cóż, ocenicie sami.
Każdy z nas ma tu zamieścić zarys fabuły, więc proszszsz...
Znany grafik pracujący nad okładkami dla czołowych wydawnictw, zostaje znaleziony w swoim mieszkaniu martwy. Ale jak martwy! Ma odcięte usta, a na twarzy nałożoną drugą twarz, zdjętą z innego człowieka. Oprócz tego ma odcięte opuszki wszystkich palców. Makabryczna to zbrodnia, gdyż patomorfolog stwierdził ze stuprocentową pewnością, że kiedy te części ciała były odcinane, on jeszcze żył. Na ekranie komputera, kiedy go znaleźli, były wyświetlone okładki, różne propozycje, do nowej powieści debiutującej pisarki, a na tym wszystkim była zaschnięta krew zmarłego. Pikanterii dodaje fakt, że przy okazji okazało się, że grafik był zapalonym akwarystą i znanym na rynku rosyjskim hodowcą i sprzedawcą specjalnej odmiany glonojadów. Na tym rynku trwała od jakiegoś czasu walka o wpływy. Nitki się plączą wraz z kolejnymi śladami i faktami, a prokurator Alicja Horn ma nie lada orzech do zgryzienia - w czym jeszcze maczał palce grafik, ile twarzy posiadał i dlaczego jego usta są teraz gdzie indziej? Kto będzie następny, bo pewne jest, że tak jak grafik nosi czyjąś twarz, tak ktoś inny będzie nosił jego usta, policyjny profiler (prywatnie kochanek Alicji) nie ma co do tego wątpliwości.  
Nic więcej nie powiem, tylko tyle, że do tej pory śni mi się ta historia po nocach. 
A oto okładki, które zaproponował grafik (no ja nie wiem, czy on bezpieczny z nami ;-))
Która podoba Wam się najbardziej?




poniedziałek, 21 marca 2016

Kalendarze - Małgorzata Gutowska Adamczyk


Lubię kalendarze, co roku wieszam jeden na lodówce, można tam zapisywać wizyty u lekarza i inne ważne terminy i spotkania, ale też i zasłyszane ciekawe wypowiedzi czy myśli znanych ludzi. Jest w nich wszystko - pierwszy krok dziecka, sprawy do załatwienia, słowa piosenki, które wyjątkowo mi się spodobały, tytuły książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, daty ważne dla kraju, cokolwiek uznam za ważne i nie chcę by uleciało.
Kalendarze Małgorzaty Gutowskiej Adamczyk są podobne, tyle, że dotyczą jej wczesnych lat dziecięcych, trochę tylko teraźniejszości. Bardzo bliskie memu sercu te zapiski. Po pierwsze dlatego, że jesteśmy w podobnym wieku. Po drugie - przechodzimy teraz ten sam etap rodzicielski, nasze dzieci wyprowadziły się z domu i próbujemy na nowo poukładać sobie świat bez nich. Nasi mężowie mają swoje sprawy, a my swoje, jak to dorośli - dwie linie życia czasem znajdujące punkty styczne albo przecinające się na chwilę. Takie życie.
Zmiany prowokują wspomnienia, sięga się do nich po to, żeby znaleźć swoje fundamenty, a te są niezbędne, żeby budować coś nowego.
Poznajemy więc małą dziewczynkę, która czeka na przyjście na świat siostry. Chodzi do najstarszej grupy w przedszkolu, ma swoje problemy, spostrzeżenia i ważne sprawy. Jej oczami widzimy miasteczko, w którym mieszka i sprawy dorosłych, których jest obserwatorem. Przy okazji jest i klimat tamtych lat, realia życia, można zauważyć, jak zmienił się świat.
Piękna to historia, wzruszająca, bardzo osobista, świadectwo świata, z którego wywodzi się nasza ulubiona pisarka. Dzięki temu możemy ją lepiej zrozumieć i poznać, mamy wrażenie, że kobieta, której nazwisko widnieje nad tytułem tak poczytnych powieści, jest nie tylko rzędem liter, ale przede wszystkim wywołuje obraz kobiety z krwi i kości - wrażliwej, subtelnej, uważnej na szczegóły, z doskonałą pamięcią i czułością je przestawiającej. To jest naprawdę ciekawa lektura i bardzo polecam nie tylko wielbicielkom twórczości Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Jestem przekonana, że jeśli ktoś jeszcze nie zna jej powieści, po przeczytaniu Kalendarzy na pewno po nie sięgnie.
Polecam

niedziela, 31 stycznia 2016

Moje córki krowy - Kinga Dębska

Jestem w rozpaczy, że nie mieszkam w kraju czy chociażby nie wizytuję Polski akurat teraz, kiedy na ekrany kin wszedł film 'Moje córki krowy'. Wyraziłam to na fejsie i jakież było moje zdziwienie, kiedy do domu zawitał listonosz z książką o tym samym tytule wysłaną przez Świat Książki.

Podczas pobytu w Warszawie w grudniu (o Bogu, nie napisałam Wam o koncercie Anny Marii Jopek i Marsalisa! - nadrobię, obiecuję) miałam nadzieję, że mi się uda go obejrzeć, ale okazało się, że przed świętami temat chyba za ciężki, więc królowały Listy do M 2. Polazłam i powiem tylko tyle - na drugi dzień Kalina przyjaciółka moja (jej blog tu http://kaliningrad.blox.pl/html) rzekła - różne głupoty w życiu robiłam, ale aż takich to nie :-) Tłumaczy mnie tylko fakt, że pierwsze listy były w porządku.
A tak naprawdę to nic mnie nie tłumaczy, paszteciara jestem i lubię filmy o świętach, ale nawet takiego nieuleczalnego zachwycielca christmesowego ten film nie oszukał, słaby jak herbata babci klozetowej.

No to sobie jęczę na fejsie, że nie obejrzę, a wszyscy właśnie byli, albo zaraz będą... A tu książka, całkiem jak w Listach do M - z nieba spadła.
Od razu zaczęłam czytać, a na drugi dzień to sobie nawet specjalnie zasiadłam w Costa na sesję kawa plus książka, pampering taki.


Tym razem intuicja mnie nie zawiodła. Tank-ju, tank-ju, tank-ju, bo drugiego zawodu bym nie zniesła :-)
Kinga Dębska najpierw wymyśliła, choć jak wynika z wywiadów, część tej historii to też fabularyzowana adaptacja jej własnych doświadczeń, a potem to całkiem udanie napisała. I to jest pierwsze zaskoczenie, bo jeszcze nigdy nie udało mi się przeczytać czegoś równie dobrego jak film, jeśli powstało równocześnie z filmem albo nawet po. Czyli taka książka co ma trochę z ludzi jeszcze kasy wyciągnąć, bo jedzie na powodzeniu filmu. Jedyny przypadek, jaki przychodzi mi do głowy, że nie był porażką, to chyba tylko Aleksandra Minkowskiego Układ zamknięty. Ale to inne czasy były, nie można było sobie filmu nagrać, ani go na YT obejrzeć po jakimś czasie, więc ludzie z tęsknoty za serialem, kupowali książkę.

Trudny temat - odchodzenie rodziców, relacje z siostrą, z córką, z mężczyznami - wydaje się za dużo, za ryzykownie, szczególnie, że to nie jest saga w trzech tomach. Ale tu widać rękę filmowca i scenarzystki, pięknie to jest zebrane w stopklatki myślowe, takie zawieszanie się na kolejnych etapach problemu, począwszy od nie zapowiadającej nic złego wizyty w szpitalu, po kolejne stopnie w tej drabinie rodzinnej tragedii. Bo to jest tragedia, znam to najlepiej, doświadczyłam nagłego udaru mojej mamy i wiem, że tak właśnie to się odbywa, najpierw jest amok, nie wiadomo, co robić, wtedy ktoś musi przejąć stery, chce czy nie, ma być silniejszy, bo taką dostał rolę. I nie chce jej. I wkurza go to. A najbardziej inni, którzy na nim polegają. A ci inni nie widzą, żebyś robił coś nadzwyczajnego.
Podoba mi się, że sprawa jest przestawiona z punktu widzenia obu sióstr, lubię ten rodzaj narracji, sama go zastosowałam w swojej powieści (jakie piękne lokowanie produktu :-))

Oczywiście każdy ma szansę i skwapliwie z niej korzysta, bo czytelnik to jednak w jakimś sensie sędzia, opowiedzieć się za którąś ze stron. I ja sobie ulubiłam starszą siostrę Martę. Wszystko mi się w niej podoba i gdybym miała być jakąś postacią z książki, ona przyszłaby mi chyba w pierwszej piątce do głowy. Kasia nie jest zła, po prostu zupełnie inna i obca mi mentalnie, poza tym nie bardzo wiem, jaka kobieta mogłaby z Grzegorzem wytrzymać bez wyłysienia totalnego, nawet dobry seks tego chyba nie tłumaczy.
Wszystkie elementy tej układanki, kolejne zdarzenia, wszystkie osoby dramatu, tło czyli uwagi o pracy, ludziach ich otaczających, pracownikach szpitala, hotelu, takie celne, akurat złośliwe, ale nie ze znamionami zemsty czy zgorzknienia, raczej dobrego oka do szczegółów, umiejętnej obserwacji - fenomenalnie to wszystko ze sobą współgra.
Wydaje się to niemożliwe napisać o tak trudnych sprawach w sposób, żeby czytelnik płakał, a zaraz potem się śmiał czy wściekał wraz z bohaterami.  Śmiać w obliczu śmierci? Zakochać się, kiedy umiera matka? Tak, to wszystko jest możliwe i bardzo ludzkie, bardzo mi imponuje, że tak właśnie opisane. A nie 'po bożemu', na kolanach, z zapaloną gromnicą od pierwsze strony.
Strasznie się cieszę, że są tacy twórcy jak Kinga Dębska. Będę z radością czytać wszystko, co napisze, bo język ma świetny, żywy, aż sobie wzdychałam z zazdrości. Jeszcze radośniej pogalopuję na każdy film, jaki zrobi, bo jestem przekonana, że nic marnego spod jej ręki nigdy nie wyjdzie, to po prostu widać i czuć. Bardzo polecam!




poniedziałek, 11 stycznia 2016

Umierasz i cię nie ma - Mariusz Ziomecki.

Zanim o książce Mariusza Ziomeckiego, kilka słów wyjaśnienia, dlaczego mnie tu nie było.
Rok temu był wpis i zniknęłam jak sen jaki złoty. Dostawałam od Was maile i wiadomości na fejsie, odpisywałam na wszystkie, ale tu też należy się wyjaśnienie.
Otóż okazało się, że doba zrobiła się za krótka na wszystkie projekty, które sobie założyłam do realizacji. Pisałam powieść, to jest jednak czasochłonne, szczególnie, kiedy równocześnie się pracuje na wielu frontach. Wiem, teraz wielu z Was wsadziło dwa palce i zwymiotowało, kolejna blogerka pisze, czepiło się gówno statku i mówi płyniemy. No cóż, dajcie mi szansę, będziecie mogli mnie zjechać spektakularnie, kiedy książka się już ukaże i zdecydujecie się ją przeczytać. Nie będę strzelać fochów, można walić prawdę między klawisze. Sroce spod ogona nie wypadłam, blogowanie to nie była moja jedyna pisarska działalność, a można powiedzieć, że ostatnia w łańcuchu pokarmowym moich palców na klawiaturze. W każdym razie słowo stało się ciałem, napisałam, będzie wydana w tym roku w kwietniu przez Prószyńskiego i S-kę, tytuł -  'Poza czasem szukaj'. To tyle w tym temacie.
Dodam tylko, że rok przerwy dał mi też czas na przemyślenia o blogowaniu i stwierdziłam, że ten oddech mi był potrzebny. Nie będę już sprawdzać statystyk, nie będę walić głową w mur, że czegoś tam za mało lub za dużo, będę się tym cieszyć, czytać co chcę, pisać, o czym chcę, niezależna, wolna, szczęśliwa jak gwizdek. Lubię to, że pojadę fejsem :-)

A teraz przechodzę do pana Ziomeckiego i jego nowej powieści. Tym razem kryminał.



"Umierasz i cię nie ma". Pierwsza z cyklu czterech. Witaj majowa jutrzenko - zanuciła Kasia z moherowym zacięciem i poleciała po beret do szafy. Przecież wiecie, że mam nabożny stosunek do Herr Ziomeckiego od czasu jego poprzedniej - "Mr Pebble i Gruda". Aż mi głupio, ale co poradzę, że sobie tę powieść zaanektowałam do serca na ament. Wprawdzie ołtarzyka jeszcze nie mam, ale nową książkę zakupiłam ręcami koleżanki, która przebywała akurat w Polsce i na kolanach odebrałam. 
Problem w tym, że jak dla mnie Mariusz Ziomecki za wolno pisze. Uparta i oporna bestia, niczym nie zmusisz do zwiększenia tempa - ani groźby, ani błagania, zastraszanie, podkówki, mina spaniela, na Jezusa frasobliwego - NIC. Niepotrzebnie mnie do znajomych na fejsie przyjął, bo teraz się ze mną ma, ciągle pytam, kiedy następna?

Nie będę streszczać. Oł noł, tego ode mnie nie oczekujcie. Jest zbrodnia. Trzeba ją rozwikłać. Padło na Romana Medynę, bo na kogoś musiało. 

Roman jest trochę jak jego imię - taki rOOOman - myślę, że gdybym go poznała, to tak właśnie bym wyglądała - z rozdziawioną gębą i oczami wielkim jak spodki. Przystojny, odpowiedzialny, mądry, porządny, trochę szalony, czuły, seksowny, dobry w te klocki, o bogu, aż mi się gorąco zrobiło i musiałam ten beret zdjąć.  Każda kobieta by takiego chciała i każdy facet taki chciałby być. 
Baśka niestety też fajna, chciałabym powiedzieć, że zdzira i oczywiście ja byłabym bardziej odpowiednia, ale niestety nie, fajna z niej babka i zamiast odbijać jej faceta (mission impossible poza tym) wolałabym mieć taka przyjaciółkę.

Miejsce akcji - Warszawa i okolice, głównie Zalew Zegrzyński. Autor pisze o miejscach, które zna, więc tu żadnej ściemy nie ma, za to jest dużo szczególików smakowitych i niesamowicie akuratne i zmysłowe wpasowanie osób dramatu w scenerię. Okolice Zalewu po sezonie są tak opisane, że czuć ostatnie ciepło powoli odchodzące w niebyt, dające pola chłodnym nocom późnej jesieni i zimy. 
Miejsca ludne na wiosnę i w lecie, są całkiem inne potem, jakieś takie biedne i zdekompletowane, tutaj to czuć. Zimna woda jest zimna nie dlatego, że tak nam autor powiedział, ale dlatego, że czujemy to zmysłem wzroku. Jazdy Romana motorem po szosach do stolicy są tak nakreślone słowami, że nie dość, że zagryzałam wargi ze strachu, że nie wyrobi na zakrętach, to czułam wiatr na ciele i dyskomfort długiego rajdu w niesprzyjających warunkach. Mariusz Ziomecki niby jest oszczędny w słowach w tych opisach, ale nie na tyle ascetyczny, żeby to wyglądało na pozę, silenie się na męską surowość. Narracja jest oczywiście męska, ale nie brak tu czułości - zawsze mnie to u Ziomeckiego zachwyca, że potrafi te sprawy połączyć - utrzymać maskulinowy charakter swojej prozy, ale z domieszką miękkości właściwej kobietom, a jednak u niego nigdy nie ma to cech babskiej ckliwości ani tym bardziej podlizywania się czytelniczkom. 
Momentami jest groźnie, momentami lekki oddech - śledzimy życie prywatne i problemy z budową pensjonatu, bywa zabawnie, czasem obrzydliwie, jak np sceny w burdelu. Bardzo to wszystko prawdziwe, nawet chwilami reporterskie bardziej niż powieściowe. To zaleta. 

Poza tym zawsze zachwycały mnie u niego dialogi, we wcześniejszych powieściach też. Gdzieś czytałam, na blogu którejś z was, że nie za bardzo tu udane, nie zgadzam się z tym - ma autor ucho, zmienia rytm i styl wypowiedzi w zależności od tego, kto mówi. Gdzie trzeba jest poprawny, gdzieś tam się zatnie, tam gdzie prawdziwiej zaklnie. Są nieprzegadane, żywe, wartkie jakby powiedział dziadek mojej przyjaciółki. 

Lubię, kiedy pisarz ma rozpoznawalny styl, nie interesują mnie ci, którzy 'z twarzy są podobni zupełnie do nikogo'. Dlatego zawsze będę słaniać się na nogach z radości na widok nowego Pilcha, rozpoznam Mellera, Talkę (Talko? jeśli się nie odmienia to przepraszam), Twardocha i jeszcze kilku innych, jak przychodzi do wymieniania, to zawsze ciemność widzę. Przypomni mi się zaraz po opublikowaniu, jak znam życie :-)

Pewnie, że to nie druga Gruda, i dobrze, nie ma tego nawet co porównywać. 
To jest kryminał par excellence, żadnej obsuwy, piękny przykład gatunku. A przecież o to chodzi, czytelnik kupuje i dostaje, co mu obiecano. 
Czekam na kolejne tomy serii... i tu następuje seria spanieli, podkówek i 'Jezusów frasobliwych' :-)


niedziela, 28 grudnia 2014

Papusza - obrazy malowane kadrami

Po pierwsze przepraszam, że nie piszę ostatnio. Czytam, ale jakoś tak chaotycznie, kilka na raz, poza tym piszę, poza tym ćwiczę, chodzę z kijami, bywa, że w nocy, czasu na wszytko brak. Nie zapominam o tym miejscu, po prostu nie godzę wszystkiego jeszcze, ale szukam rutyny, nowego układu dnia czy tygodnia, żeby wszystko zmieścić w grafik. Póki co, wybaczcie i nie zapominajcie o mnie całkiem.

Dzisiaj bardzo poruszył mnie film, a że jest oparty na książce, to tym bardziej poczułam, ze muszę o nim napisać. Poza tym jego reżyser, Krzysztof Krauze zmarł w Wigilię, to tym tym bardziej...
O książce napisałam tu - http://notatkicoolturalne.blogspot.ie/2013/08/papusza-historia-cyganki-w-piguce.html , więc powtarzać się nie będę, zresztą w swoim czasie każdy miłośnik książek o niej słyszał, pewnie też czytał. Jeśli ktoś ciekawy, co ja o niej myślę, zajrzyjcie pod ten link.
Film też pewnie obejrzany przez większość z Was, ja niestety poza krajem, więc muszę czekać na DVD albo premiery w telewizji, zapóźniona jestem masakrycznie w tym względzie. Strasznie Wam zazdroszczę, że w pierwszym tygodniu premiery możecie gnać do kina zobaczyć wszystkie polskie produkcje.

Długo siedzieliśmy w nocy, najpierw obejrzeliśmy The Hunger Games drugą część, a potem Wilka z Wall Street, więc wstałam trochę późno. Kawa, śniadanie, piękna pogoda, miałam wyjść z kijami, ale wszyscy mają wolne, córka w dom, postanowiliśmy najpierw obejrzeć Papuszę. Już od pierwszego kadru zostałam przyszpilona do ekranu. W ogóle nie mogłam oderwać oczu. To było jak czarno białe obrazy, dzieła sztuki. Przyroda, jej groza, piękno - tylko wirtuoz kamery mógł to tak wykorzystać. Byłam zachwycona każdą minutą.
Historia wzruszająca i tak celnie opisana - bez patosu, bez stawania po żadnej stronie, po prostu było jak było. Nie chodziło w tym wszystkim o to, żeby kogoś napiętnować, bo żył inaczej niż inni, bo kradł, bo według jakichś tam norm był może niefrasobliwy, aspołeczny i tak dalej. Nie była to też próba pokrycia spiżem Papuszy, chociaż jako poetka była ona i jest bardzo uznana.
Wszystko gra, tylko nie rozumiem jednego, dlaczego wszędzie, i w książce, i w filmie, omija się wątek miłości Papuszy do Ficowskiego. Bo, że ona była w nim zakochana to pewne, ja to wiem, niezależnie od tego, co mówią, czego nie mówią, co próbuje się przemilczeć, była i już. Czy on w niej, nie wiem, na pewno było tam jakieś porozumienie dusz, ale mężczyźni są inni. Natomiast po kobiecemu rozumiem jej duszę i wiem, na sto albo i dwieście procent, że miłość do Ficowskiego zaważyła na całym życiu Papuszy, może nie zmieniła życia w sensie dosłownym, ale zmieniła ją nieodwracalnie i jej w tym dotychczasowym życiu było już zupełnie inaczej. Nie insynuuję, że oni razem, że się tak wyrażę, to konsumowali, tego nie wiem i nawet nie będę dociekać, ale też i nie to chyba jest najważniejsze, bo dużo 'groźniejsze' dla kobiety jest wpuszczenie mężczyzny do serca i nie wyrzucenie go na czas. Niezależnie od tego, czy ona była mężatką, czy była wierna, czy chciała z Ficowskim być (na pewno nie chciała, nie było takiej możliwości i ona o tym doskonale wiedziała), to w ogóle nie w tym rzecz - o tę część serca na zawsze jemu oddaną chodzi. I o tę wrażliwość, która ją do piekła za życia zaprowadziła.
Spotkałam się gdzieś z opinią, że właśnie dobrze, że o miłosnym trójkącie Krauzowie nic nie wspomnieli, bo to by był obciach, a nie dobry film. Nie pamiętam kto, ale to musiał napisać facet. Doprawdy, nie da się faktora miłości z życia niczyjego wyrzucić, bo on jest motorem wielu zachowań, jeśli nie prawie wszystkich. Uczucie dobrze czy źle ulokowane może życie wzbogacić, zmienić diametralnie lub kompletnie zrujnować.
No, ale jest jak jest, film bardzo dobry, a Jowita Budnik po prostu zachwycającą aktorką jest. Bardzo mi żal, że jej częściej nie widzę w polskich filmach. Dla mnie to taka półka jak Agata Kulesza czy Anna Seniuk.
Na koniec powiem tylko, że Krzysztof Krauze w ogóle nie umarł. Wcale a wcale. Cieleśnie odszedł, ale pozostawiając takie filmy po sobie, będzie żył wiecznie. Bo to jego wrażliwość, oczywiście również jego żony, Pani Joanny, została zaklęta w te kadry. I to jest najpiękniejszy pomnik dla tego twórcy.



A tu prawdziwa Papusza w filmie dokumentalnym ( oba zaczerpnięte z You Tube)



niedziela, 9 listopada 2014

Wybór Ireny - Remigiusz Grzela

Już dawno nie czekałam na żadną książkę tak jak na tę. Remigiusz Grzela umiejętnie budował napięcie postami na FB, trzymał nas w napięciu i oczekiwaniu na to wydawnictwo. A to zdjęcie pokazał, a to rzucił ciekawą anegdotę, a my jak te sieroty na powrót ojca z tułaczki czekające.
Byłam jedną z osób, która dostała egzemplarz przedpremierowy. Rzuciłam się na nią od razu, ale okazało się, że nie tak łatwo mi było się z nią zmierzyć. Z różnych powodów.


Pierwsze rozdziały to wojenna przeszłość Ireny, opisy jej brawurowych akcji jako łączniczki, bohaterska karta z czasów, kiedy była częścią Żydowskiej Organizacji Bojowej. Brała udział w dwóch warszawskich powstaniach, wyprowadzała ludzi z obozów, działała w konspiracji, co ja wam będę tłumaczyć, codziennie przecież narażała życie.

Moja ostatnia wizyta w Warszawie to w dużej mierze podążanie śladami nieistniejącej już kultury żydowskiej (a przynajmniej nieistniejącej już w takim wymiarze jak kiedyś), obecności tylu ludzi, tak ważniej części naszego polskiego społeczeństwa, którzy nagle, bo kilka lat naprzeciwko prawie dwóm tysiącom bytności Żydów w Polsce, to przecież nagle, zniknęli z naszego świata - albo ulotnili się w powietrze, albo zostali zagrzebani w gruzach, zamordowani albo wyjechali.
Wiem, że to się może wydać dziwne, przecież nie jestem pochodzenia żydowskiego, ale czasem czuję bóle fantomowe, dziwi mnie, że była ręka i jej nie ma. Stąd te moje poszukiwania, bardziej sensualne niż akademickie, chodzenie po ulicach, wyczuwanie tej energii, Słuchanie opowieści. O tak, bardzo lubię słuchać ludzi, bardziej chyba niż czytać ich wspomnienia.
Ale nie zawsze się da. Lubię zatem 'słuchać' Remigiusza Grzeli, bo on tak pięknie umie pisać, jakby siedział i opowiadał obok. A ponieważ cechuje go wielka dbałość o fakty, szczegóły, detale, to jakbym widziała jego skupioną twarz, lekkie przygarbienie sylwetki, marszczenie brwi, kiedy próbuje sobie coś dokładnie przypomnieć.
Często odkładałam tę książkę, żeby pomyśleć, pogrzebać w książkach o Kaziku i Edelmanie (a te mam tylko w bibliotece, więc musiałam czekać na niedziele). Mąż budził mnie w nocy, bo śniłam powstanie w getcie, mówiłam przez sen, skarżyłam się na odgłos wystrzałów (a to burza była), czułam swąd spalenizny. Faktycznie śniłam treść tej książki. W moim egzemplarzu przedpremierowym niestety nie było zdjęć (podobno są w tych przeznaczonych do sprzedaży), tak więc Irenę musiałam sobie wyobrazić, przypomnieć trochę z tego, co widziałam wcześniej w zapowiedziach, zanim jeszcze zobaczyłam w telewizji zdjęcia. I wiecie co, nawet mi się udało ją całkiem dobrze wizualnie wyczuć.

Potem to już była część o zapominaniu siebie, o zaprzeczeniu swoim korzeniom, o samo-unicestwianiu siebie, wymyślaniu na nowo i autodestrukcji kolejnej. Właściwie mam wrażenie, że ona niszczyła nie tylko siebie, ale i ludzi, którzy ją kochali. Jakby była ćmą i lampą wabiącą ćmy jednocześnie. Ale umiała też zjednać sobie ludzi obcych, żeby potem oni uważali się za jej przyjaciół. Ale czy ona była im przyjacielem? Takie relacje też potrafią być tylko jednostronne, wiem coś o tym i wiem, jak to boli.
Dlatego bolała mnie ta część opowieści.
Inna strona historii, chociaż ta akurat najmniej wyeksponowana (rozumiem), to relacje z córką. O ludzie, tu to ja w ogóle wysiadłam, bo bardzo mi to przypominało moje z mamą. Aż się trochę z tego pochorowałam. Znowu przychodziło mi odkładać książkę, nosiłam w sobie te toksyny, które jakoś i tam wyczuwałam.
Irena i mężczyźni - tu znowu ten syndrom ćmy i lampy. Kiedy przeczytałam list Romka do Ireny z 3 lutego 1947 roku, tak się spłakałam, że na kilka dni znowu strzeliłam focha. Tak się na nią zdenerwowałam. Nie, że nie kochała wystarczająco, nie, że nie chciała z nim być, czy jakiekolwiek tam były powody, ale, że on tak skamlał, że prosił, nawet jeśli udawał, ze nie, a ona widocznie musiała mu dawać jakieś sprzeczne sygnały, że czuł, że jest nadzieja. List Kazika z końca książki w podobnym stylu i znowu te prośby, a jej chłód, obojętność na nie. Moje wnioski tylko z domysłów, bo nie ma jej listów w odpowiedzi na te wysłane (czy niewysłane, bo Romka chyba ostatecznie nie został). W wielu z tych pism przebija właśnie prośba o odpisanie, odezwanie się, co mnie doprowadzało do rozpaczy, bo nie ma nic gorszego jak pisanie do kogoś dla nas ważnego i wiedza granicząca z pewnością, ze ta osoba nie odpisze. To jest straszny kamień w sercu i ja to czułam za nich, wraz z nimi, kurczę, i złość na tę kobietę, ze ona tak ludzi traktowała, tych dla niej najmilszych, najbardziej uważnych na jej nastroje i to, co się z nią dzieje.

Ale z drugiej strony miałam do siebie pretensje - kim ty jesteś, żeby ją oceniać, nie przeszłaś drogi w jej butach, nie wiesz, jak naznaczyła ją wojna, jej działalność, jakie blizny ta podziwiana u niej brawura, zostawiła. Z drugiej strony wielu, a nawet większość potrafiła się podźwignąć po wojnie, prowadzić normalne życie. Inna rzecz, co my tam wiemy, jakie ono było, czy normalne, czy tylko na wierzchu takie, a pod skórą ból i niekończąca się trauma?

I tak to się plecie podczas lektury tej książki - wzruszenia, podziw, złość, łzy, ciekawość, fascynacja, ale i niesmak czasem. Na pewno nikt nie pozostanie obojętny na tę historię. Każdy pewnie znajdzie coś dla siebie. Ja, jak widzicie z tej notki, bardzo przeżyłam jej czytanie. Czego i wam życzę.

sobota, 25 października 2014

I'm Back! Piąte urodziny bloga i wizyta w teatrze - 'Sive' John B. Keane, Abbey Theatre w trasie.

Dzisiaj mija pięć lat od dnia, kiedy poczyniłam pierwszy wpis na blogu, jeszcze na platformie Blox, na której zresztą nadal piszę (ukazują się tam te same wpisy, co tutaj).

Urodziny bloga świętowałam w teatrze, który gościł dzisiaj trupę z Abbey Theatre w Dublinie. Na afiszu sztuka 'Slive' dwudziestowiecznego dramaturga irlandzkiego Johna B. Keane'a.
Poczytałam trochę o niej i wiedziałam, że to coś dla mnie, bo jestem wielką admiratorką teatru klasycznego, może to i paszteciarstwo, ale co poradzę? Oczywiście oglądam spektakle awangardowe, ale nie wzruszam się na nich tak, jak na Szkole żon, Wiśniowym sadzie czy ostatnio spektaklu Teatru Telewizyjnego TVP pt. Brunch.

Nie udało mi się zrobić zdjęć scenografii, nie chcieli tego, więc światła były cały czas przygaszone, nawet podczas przerwy. Sztuka długa, trzy godziny, przerwa zaledwie 15 minut, więc prawie cały ten czas przeznaczony na spektakl.
Scenografia klasyczna, typowe pomieszczenie w irlandzkim domu początku XX wieku. Wielkie palenisko, wysokie, człowiek mógłby tam wejść bez problemu. Na specjalnym podwieszeniu kociołek na zupę, obok duży żeliwny czajnik i garnek do pieczenia chleba. Stara kobieta siedzi blisko ognia, pali fajkę.
Młoda krząta się po kuchni, mąż zaraz wróci z pracy, szykuje posiłek. Pod stołem kuchennym worki z mąką, ziarnami, woda w wiadrach, mleko w kance. Od razu wiadomo, że to farma, irlandzka wieś.
Synowa i teściowa bardzo się nie lubią.
Najpierw do domu wraca ze szkoły młodziutka, przepiękna dziewczyna. Zaaferowana opowiada, że szkolna furmanka znowu straciła koło, że musiała iść z daleka. Jeszcze dziecko, chociaż wygląda już coraz bardziej jak kobieta.


Babka z dziewczyną znikają w czeluściach domu, a na scenie pojawia się mężczyzna, który szybko okazuje się swatem przychodzącym z misją specjalną. Bogaty farmer, strasznie już leciwy, chce żony i Sive wyjątkowo się nadaje i bardzo mu się widzi. Za to zamążpójście rodzina dziewczyny dostanie 200 funtów, a swat 100. Majątek!
No i zaczyna się - festiwal obłudy, pazerności, ale też i trudnej, drastycznej prawdy, na co mogą sobie pozwolić ludzie biedni. A raczej czego absolutnie nie mogą mieć - marzeń i prawa wyboru.
Dziewczyna ma oczywiście ukochanego, który jest biedny, ale robotny.

Uwaga, dla moich znajomych z Dublina i innych miejscowości, gdzie zawita ta sztuka (między innymi Cork, Limerick), jeśli zamierzacie to obejrzeć, nie czytajcie dalej, będzie spoiler. 

Nie chodzi tu o fabułę, bo bardzo łatwo można sobie wyobrazić, że nie kończy się to dobrze, dziewczyna popełnia samobójstwo w przeddzień ślubu.
Głownie fascynujące jest pokazanie, jak dochodzi do całej sytuacji. Rozmowy ciotki i wuja, który na początku jest przeciwny. Kolejne odwiedziny swata i bogatego farmera. Błagania dziewczyny, żeby jej tego nie robili, tłumaczenie ciotki, jakie jest życie i dlaczego kobiety z ich pozycją muszą poddać się losowi. To wszystko przerywane wizytami wędrownych handlowców, którzy przynoszą wiadomości w formie śpiewanej w towarzystwie energicznych uderzeń w irlandzki bęben.

Z takimi sztukami jest jak z oglądaniem po raz setny kolejnej inscenizacji Moliera, Czechowa czy Gogola. Niby wiemy, co się stanie, co musi mieć miejsce, bo takie po prostu było życie i już, ale i tak z zapartym tchem śledzimy akcję z nadzieją, że a nuż widelec tym razem będzie inaczej, może oni jednak nie wezmą tych pieniędzy, może ten stary sam się wycofa, albo młody porwie dziewczynę i uda im się wziąć potajemnie ślub? W życiu takich zakończeń raczej nie bywa, więc i tu nie ma. Żadnego słodzenia i schlebiania publice, to nie komedia.

Bardzo dużo emocji, Irlandczycy są zdystansowani na zewnątrz, ale jak widać w czterech ścianach swojego domu w takich razach iskrzy.
Najbardziej podobała mi się żywiołowa reakcja publiczności. Chwilami zachowywali się jak dzieci. Kiedy swat przechwycił list do Sive z rąk jej wuja i otworzył kopertę, z wielu gardeł wyrwało się 'Oł noł'. Potem pokrzykiwali, kiedy mężczyźni walczyli o ten list, mruczeli z dezaprobatą, kiedy go czytali, wreszcie kiedy zdecydowali się go spalić, słychać było oburzenie. Byłam w euforii, w Polsce to się chyba nie zdarza, przynajmniej nigdy nie byłam tego światkiem. Przypomniały mi się spektakle w moim rodzimy teatrze, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i wszyscy krzyczeliśmy, żeby zły czarodziej zostawił królewnę. Aż miałam łzy w oczach.



Spektakl często przerywano oklaskami, z emocji, z uznania dla wyjątkowej sceny. Aktorzy zamierali wtedy na chwilę, wyczekiwali końca, a wyglądało to jak stary obraz. Umieli skubani się ustawić.
Najpiękniej wypadła scena finałowa, kiedy młodzieniec przynosi Sive do domu i kładzie ją na wielkim stole. Mokra, martwa, z włosami spływającymi ku podłodze, ułożona tak, że wyglądała zjawiskowo i malowniczo. Niewinność ujarzmiona, a jednak wolna. Uciekła im. Potem jeszcze była zatrzymana w kadrze poza starej kobiety nad wnuczką, cierpienie, ale i pogodzenie się z tym, że życie po prostu takie jest, ciężkie, raczej przynoszące więcej trosk niż radości.
Przez prawie trzy godziny dużo krzyku, emocji, a na koniec przejmująca cisza i powoli zapadająca ciemność. W tej szarości długo nic.
Piękny wizualnie, przejmujący obrazek.

Bardzo udany wieczór. Tym bardziej, że poprzedzony radosnymi przygotowaniami makijażowo muzycznymi, wizytą w Boots, gdzie odwiedziłam wymarzone perfumy, malutkim, takim tycim zakupkiem :-) urodzinowo blogowym powiedzmy, no i kolacją z dziewczynami, gdzie rozmowom końca nie było (aż dziw, że cokolwiek zdołałyśmy zjeść).
Oby więcej takich chwil.

All photos are from Abbey Theatre Website 
http://www.abbeytheatre.ie/whats_on/media/abbey-theatre-on-tour-sive

sobota, 5 lipca 2014

Czerwona księżniczka

Bardzo byłam ciekawa tej książki. Pamiętacie może, jak mi ją pan we Wrzeniu świata z wyższych półek zwlekał? Wtedy jej nie kupiłam ze względu na rozmiary i ograniczenia bagażu podręcznego, ale jakiś czas potem udało mi się ją kupić do biblioteki i voila.
Warto było się tak uganiać za tą pozycją? Dlaczego się tak uparłam?
Odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi - TAK.
Uparłam się, bo pamiętam z dawnych czasów legendę jaką była owiana Ariadna Gierek-Łapińska. Opowieści, jak to wzrok ludziom przywracała. O tym, że gdzieś tam na Śląsku jest kobieta, która cudów dokonuje w leczeniu wad wzroku i innych schorzeń oczu.
I o tym pośrednio jest ta książka.
Ale nie tylko.
Bo widzicie, słynna lekarka najpierw weszła na sam szczyt, zawodowy, towarzyski, w hierarchii społecznej, pod każdym względem, a potem się z niego spektakularnie stoczyła, na oczach całej Polski, wymachując bielizną, poszła na dno. Całkiem niezrozumiała dla mnie sytuacja, stąd to zainteresowanie książką.
Judyta Watoła i Dariusz Korotko też pewnie byli zafascynowani postacią pani profesor, skoro podjęli ten temat. Oddali głos wszystkim - i jej samej, współpracownikom, pacjentom, rodzinie. Nie ma tam plotek, nie ma magla, każda ze stron ma szansę się wypowiedzieć, a do czytelnika należy ocena. Podoba mi się to.
Tylko, czy można z perspektywy dzisiejszych czasów oceniać lekarkę, która zaczynała i największe triumfy zawodowe odnosiła w czasach głębokiej komuny? Oczywiście wszyscy uważają, ze wszystko zawdzięcza rodzinie i sławnemu, wpływowemu teściowi, ale przecież sami wiemy, że czasem to pomaga, a czasem wręcz przeciwnie, a jak to się wszystko rozsypało, to już na pewno nie było plusem dodatnim, jak mawiali w przemówieniach panowie w tamtych czasach. Poza tym zawiść ludzka jest tym większa im ktoś wyżej zaszedł, więc też nie jest łatwo.
Inna rzecz to charakter bohaterki, której daleko było do spolegliwej osóbki. I to ją pewnie tak wciągnęło na szczyt, ale jak mówię, na szczycie przeważnie jest zimno, wietrznie i pusto. Nie ma czego zazdrościć w wielu przypadkach.
Stąd pewnie i kłopoty z alkoholem, doły psychiczne.
Jest to niezwykle ciekawe studium człowieka niejednoznacznego, umykającego ocenie, trudnego do zaklasyfikowania.
Czyta się świetnie, do tego dużo zdjęć. Uderzające, jak podobna do Adama Gierka (jednocześnie do sławnego dziadka Edwarda też, bo Adam to skóra zdjęta z ojca) jest jego córka, właściwie wygląda jak Gierek w długich włosach. Silne geny.
Adam Gierek od czasu do czasu wypływa w polityce, niedawno chyba kandydował do parlamentu europejskiego. No, ale w tym kontekście nie jest on ważny, bo nie utrzymywał z żoną, ani córką, kontaktów po rozwodzie.
Życie Ariadny Gierek-Łapińskiej było pełne wzlotów i upadków, wspaniałe i czasem smutne, tak jak nas wszystkich, tyle, ze ona przy okazji była ważna dla tysięcy pacjentów. O tym nie można zapomnieć. Może współpracownicy mieli do niej jakieś żale, ale ona dużo wywalczyła dla kliniki, lubiła leczyć ludzi. A, że przy okazji była nietuzinkowa, lubiła dobrze się ubrać, dobrze pachnieć, była zawsze 'zrobiona', dla jednych było wyrazem zadbania, dla innych noszenia wysoko nosa (w tych szarych czasach szczególnie), dla jeszcze innych fanaberią. Na pewno była wielobarwna i to w tej książce widać.
Polecam.

Autorzy "Czerwonej księżniczki": Judyta Watoła (z lewej) i Dariusz Kortko z bohaterką swojej książki prof. Ariadną Gierek-Łapińską (w środku). - Powiedziała nam: Napisaliście prawdę, nie mam o nic pretensji - podkreśla Kortko. (fot. Bartłomiej Barczyk) - zdjęcie pochodzi ze strony Poranny.pl


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Myślałam - będzie lajtowo. Jakże się pomyliłam!

W niedzielę wieczorem, już po targowo-radiowych emocjach, przy sushi z Zielonki (kto by pomyślał jeszcze niedawno, że japońska kuchnia będzie na stole każdego, kto tego zechce), zeszło ze mnie całe napięcie ostatnich dni. Obie z Agą siedziałyśmy zwinięte trochę jak puste dętki, ona z powodu intensywnej pracy na targach, a ja z powodu intensywnego bywania na tychże, uwierzcie mi, też można się wykończyć.
Zakładałam, że w poniedziałek będzie luzik. Właściwie nic nie miałam w planach poza kilkoma spotkaniami (taki oksymoron sytuacyjny), ale nie miałam pojęcia, kto i kiedy, bo mi po prostu siadła zdolność organizacyjna. Miałam listę ludzi, z którymi chciałam się zobaczyć, ale zgrać to wszystko, nie tak łatwo. Jeden punkt programu był pewny - spotkanie we Wrzeniu Świata w związku z książką pt. 'Czterech' redaktora Grzegorza Chlasty. Aga z Czarnej Owcy nadała, że takowe się odbywa, w smartfona na listę wciągnęliśmy.
No, ale to dopiero o 19-tej. Kupa ciasa, jak mawiał ruski saper.

Rano z Agnieszką zjadłyśmy niespiesznie śniadanie. Kawa, rozmowa, ważne. Ale potem jednak musiałyśmy chybcikiem się zebrać, udawać, że się jest poza czasem, można tylko przez chwilę. Załadowałyśmy się do samochodu i w drogę do Warszawy. Nie wiem jak to wymyśliłam, nie potrafię tego teraz w czeluściach pamięci odgrzebać, że odwiedzę Tosię Kozłowską. Miałyśmy się spotkać w mieście, najlepiej w weekend, ale nie dałam rady, a w poniedziałek to była już operacja logistyczna, bo dzieci, bo szkoła, więc wpadło mi do łba, żeby pojechać do niej. Miałam nadzieję, że to na trasie do pracy Agnieszki. Wszystko wspaniale, z tym, że nie przyszło mi do głowy sprawdzić, która godzina. Najpierw miałyśmy jechać do Warszawy dopiero o 12, ale zmieniły nam się plany, o czym ja już zapomniałam.

I jak jakiś głupek niewychowany, dzwonię do Tosi i pytam, gdzież ona mieszka? Bo jadę :-)
Wytłumaczyła, okazało się, że to niedaleko punktu docelowego Agnieszki, taksówka zawiozła mnie za grosze na miejsce. Ufff. No, ale była 11. Zgroza mnie wzięła, ale już odwrotu nie było.
Antonina Kozłowska to jest absolutnie niezwykła osóbka, nasze rozmowy to była przyjemność w czystej postaci. Nasze spotkanie, jego jakość, to dowód na to, że ludzie nie mają racji, że znajomości fejsowe są gorsze lub wręcz nic nie warte. Myślę, że wszystko zależy od ludzi.
Oczywiście, jak tylko mogłam, podłączałam się komórką do sieci wifi i właśnie u Tosi połączyłam się z innymi osobami, które miałam na liście 'must see'. Nie miałam roamingu na internet, więc wiadomości odbierałam i nadawałam z doskoku, z centrów handlowych i kafejek na przykład. Wszystko wydawało się proste dopóki za oknem piękne słońce, ale kiedy wyszłam od niej, niebo zaciągnęło się chmurami. Wsiadłam do autobusu wiozącego mnie do centrum, im bliżej celu, tym ciemniej i większe chmury, aż gdy wysiadłam, weszłam wprost w rozszalałą burzę i ulewę. Wpadłam do banku, żeby przeczekać. Aż dziw, ze nie otworzyli do mnie ognia, myśląc, że to napad, bo moje wejście było z gatunku tych 'nagłych' delikatnie mówiąc. Z rozwianym włosem i wytrzeszczem oczu, założę się, bowiem strasznie boję się burzy, której na dodatek końca nie było widać.
Zadzwoniłam do Maniczytania czyli Magdy, że chyba nie uda nam się zobaczyć, bo ja się nigdzie nie mogę ruszyć. Dorota czekała na mnie pod Rotundą, ja pod Mariottem, co się wychylam, coraz gorzej leje. Byłam bez kurtki, bez parasola. Co robić? Jednakże Magda uzmysłowiła mi, że jak tylko uda mi się dopaść do podziemi, to tam znajdę przejście do tramwaju jadącego do Galerii Mokotów, ona tam dobije i wreszcie się zobaczymy.
I tak się stało, znalazłyśmy się z Dorotą, nawet nie musiałyśmy czekać na tramwaj, wyjście było trochę traumatyczne, bo wprost w ulewę, która w ogóle nie traciła na sile. Do Galerii wpadłam już jako miss mokrego podkoszulka.
Tam kolejne spotkanie z Magdą właścicielką bloga Maniaczytania. I znowu to samo, będę już nudna, mam szczęście do ludzi, do rozmów, do wymiany energii, dobrze, że się człowiek nie naładowuje prądem, bo w mokrej koszulinie to bym porażenia doznała. Taka sytuacja.
Tam też odebrałam wiadomość o możliwości jeszcze jednego spotkania, tym razem z pisarzem, z mojej listy pt. 'oszalałam, jak tylko przeczytałam' (wcale nie tak długiej, jeśli chodzi o Polaków). A mowa o autorze 'Mr.Pebble i Gruda' Mariuszu Ziomeckim (o książce piszę tu), który był tak łaskaw i się nad czytelniczką na skraju histerii pochylił.
Przeczytałam książkę już jakiś czas temu, a pamiętam, jakby wczoraj, co mi się wcale tak często nie zdarza.  Czytam dużo, ale tylko nieliczne historie zostają ze mną na całe życie. Jest coś takiego, przyznajcie, że człowiek czyta i kurczę czuje każde słowo, każde zdanie, wie, co pisarz chciał powiedzieć. Percepcja wchodzi na zupełnie inny poziom, już nie oko-mózg-emocje, tylko oko-emocje-emocje-emocje-ewentualnie mózg, jeśli się w tę sferę przedrze, czyli przerabiasz to w duszy, w sercu, w każdej komórce zanim się zorientujesz, co się dzieje w ogóle. I tak było z tą opowieścią. Niech Was 900 stron nie przeraża, mogłoby ich być więcej. Po skończeniu książki, mam tak szalenie rzadko, powiedziałam na głos, excuse my French - o ja pierdolę! I zapadłam się w sobie na tydzień. Z żalu, że to już koniec.
A jak już ktoś taką książkę napisze, to ma mój nie-obiektywizm i czytelniczą miłość na zawsze. Dlatego też chciałam spotkać autora, udało nam się umówić po spotkaniu we Wrzeniu.
Zasiedziałyśmy się w Galerii Mokotów, wypadłyśmy jak opętane, wyszukałyśmy taksówkę, korki jak cholera, bo ta ulewa zablokowała miasto. Agnieszka napisała, że chyba nie dojedzie, bo gdzieś utknęła, a ja nie przyjmowałam w ogóle do wiadomości, że mogłabym na to spotkanie nie dojechać na czas. Całą drogę taksówkarz nas bawił opowieściami o misjach wojskowych, w których brał udział, o żonie, dzieciach, braterstwie krwi, ani rannych, ani martwych się nie zostawia. No i wykrakał, bo skręcił w małą uliczkę, że niby szybciej i JEB - przywalił w nas inny samochód. I to z mojej strony, byłoby w moje drzwi, ale pan przytomnie uciekł w bok tak jakoś dziwnie i dzięki temu uderzenie poszło na błotnik zaraz za linią drzwi. Byłam w szoku, pocieszona lekko, że jeśli jestem ranna to on mnie nie zostawi, ale Kalina przytomniejsza, wypadła z samochodu, podała facetowi numer telefonu, jakby trzeba było świadczyć, kto w kogo wjechał (to nie była jego wina) i w te pędy puściła się  przed siebie, a my z Dorotą za nią. Dzięki temu dopadłyśmy do metra, potem tramwaju i resztę per pedes - spóźniłyśmy się tylko kilka minut. Przy czym, jak już tam wpadłyśmy,  wyglądałyśmy jak ofiary gwałtu zbiorowego. Nie powiem, wejście miałyśmy wyśmienite, aż jednej babce spadł z kolan laptop.
Odrobina przesadyzacji nie zaszkodzi :-)


Książkę Grzegorza Chlasty dostałam z Czarnej Owcy dla biblioteki przed samym wyjazdem. Niezwykle ciekawy temat. Z opisu - "opowiada o dziewiczych latach powstawania służb specjalnych w nowej, demokratycznej Polsce. Jednymi z ich współtwórców byli czterej bohaterowie książki - ś.p. Konstanty Miodowicz, Bartłomiej Sienkiewicz, Wojciech Brochwicz oraz Piotr Niemczyk. Grzegorz Chlasta w wywiadach z bohaterami książki stara się dociec na czym polegał z ich strony ten skok na głęboką wodę - wejście w paszczę dotychczasowego lwa i próba uporządkowania rzeczywistości znanej tylko z twarzy opresyjnych funkcjonariuszy SB. Dotychczasowi anarchiści, pacyfiści, działacze opozycji postanowili uczestniczyć - pod okiem wielkich mistrzów - w tworzeniu struktur niezbędnych w każdym demokratycznym państwie. Dlaczego podjęli taką decyzję? Lektura książki to nie tylko zbiór anegdot. To także obraz epoki, w której większość poruszała się po omacku, a jednocześnie chciała popełnić jak najmniej błędów. Bez poznania atmosfery i wyborów tamtych czasów trudno jest zrozumieć aktualną rzeczywistość".

Nie zdążyłam jej jeszcze przeczytać, chociaż bardzo jestem jej ciekawa. Pana Grzegorza 'znam' z poranków RDC, których czasami słucham szykując się do pracy. Tym bardziej mus było zobaczyć to spotkanie i dowiedzieć się, 'co autor miał na myśli', zanim zacznę lekturę. Cieszę się, że tam dotarłam, bo było niezwykle ciekawie, emocjonująco, najbardziej dzięki dyskusji. Nie wiem, dlaczego prowadzący skończył spotkanie w umówionym czasie, bo było jeszcze kilka osób, które chciały coś powiedzieć. Czy to mus? Czy tylko tyle może ono trwać, ile umówione z gospodarzem, w tym wypadku Wrzeniem Świata? Nie wiem, ale pozostawiło mnie to z niedosytem.
Siedziałam bokiem na okiennym parapecie z poduszkami, widziałam salę doskonale, również słuchaczy. Jeden z nich był ubrany w czarny garnitur i wyglądał trochę, może to sugestia tematem, na kogoś ze służb specjalnych. Kiedy jedna z babeczek wstała i powiedziała, że była wzruszona lekturą, bo miała wrażenie, że byliśmy w dobrych rękach i to ją niezwykle właśnie poruszyło, ten człowiek, wyglądał na twardziela, służby czy nie, miał łzy w oczach. To z kolei mnie niezwykle wzruszyło. Kto wie, może to właśnie było jedyne podziękowanie, przecież oni niczego na świeczniku nie robią i nie mają okazji do braw i fanfar, jedynie uścisk dłoni szefa. No i maślane spojrzenie jego sekretarki.

Potem to spotkanie z Mariuszem Ziomeckim, czyli powtórzę - mam szczęście do ludzi i oczywiście było niezwykle interesująco, niby nic nowego, bo ciągle piszę, że z kimś się widziałam, ale jestem zawsze wdzięczna za takie chwile w życiu, niczego nie biorę za pewnik, że mi się należy, bo to, że ktoś poświęca swój czas nieznajomemu, albo znajomemu ledwo, bo z sieci, jest zawsze dla mnie wzruszające. Nic więcej nie powiem.
Jak u Hitchcocka, zaczęło się wcale nie tak spokojnie, a potem już było coraz bardziej emocjonująco. Ciekawa byłam, kiedy mi z tych wrażeń odbierze rozum po prostu.

piątek, 6 czerwca 2014

Byłam tam, gdzie było to, o co chodzi.

Piszecie, że mieliście zadyszkę oczu czytając poprzedni wpis. Kochani, to jeszcze było spokojne targowanie. Niedziela i poniedziałek to była dopiero jazda.
Zacznę od tego, że wysiadł mi żołądek. A wszystko przez to, co miało się dopiero zadziać we wtorek, dlatego zjechałam do Warszawy, targi, chociaż chciałabym, żeby były głównym powodem przyjazdu, niestety były tylko fantastycznym dodatkiem. Taki bonus za cały ten stres, co mnie czekał.
W takich razach prawie zawsze mam objawy psychosomatyczne, różne, tym razem po prostu straszne bóle żołądka. Narastały od soboty, w niedzielę się nasiliły.
A piszę to wszystko, żeby wam uświadomić, jak targi i wszystkie spotkania były dla mnie wielką radością, gigantycznym kopem endorfin, skoro mimo wszystko, miałam naprawdę ubaw i pokonywałam tę niedogodność. Ale też nie sama, i tu pewnie mój anioł stróż zadziałał. Nie mógł mi pomóc w sposób namacalny, to mi zesłał Kazaszę, wspaniałą kobietę, którą poznałam w sieci za sprawą jej bloga o Kazachstanie. Przyszła na targi w niedzielę podpisać książkę, dosięgła mnie wiadomością na FB i udało nam się umówić. Zastała mnie na płycie głównej, siedzącą przy kubku herbaty, i tu mała dygresja - czy te kawy i herbaty na targach musiały być takie wstrętne? Woda to, czy gatunek produktu podstawowego, nie wiem. No więc siedzę nad tą udającą herbatę cieczą i mnie aż telepie, bo mi ten żołądek dokucza. Upał też, bo nie zwyczajna jestem, a w Warszawie w tym czasie średnio 30 stopni. Na zewnątrz gorąco, ja z dreszczami, musiałam włączyć cały zespół motywacyjno-optymistyczny, jakim dysponowałam, zeby się nie rozpłakać. Do tego słabo mi było.
Na to wszystko przychodzi Dorota i mi po kilku minutach rozmowy serwuje listek leku na moje dolegliwości. No powiedzcie sami, ile osób nosi w torebce tabletki akurat na to?
Anioł nie kobieta.
Do tego piękna, interesująca, wspaniała rozmówczyni. Oj, ja to mam szczęście do ludzi.
Niestety musiała uciekać, nie nagadałam się, będę odczuwać niedosyt już zawsze.
I tak mi się pięknie-nie pięknie zaczął ten dzień, który okazał się jednak bardzo, ale to bardzo udany.
W niedzielę nie byłam na targach za długo, a wszystko przez to, że wybierałyśmy się na spotkanie z cyklu Bagaże kultury do Teatru Żydowskiego. Zaczynało się to o 15, więc odpowiednio wcześniej trzeba było się przemieścić. Zdążyłam tylko pomachać z daleka kilku osobom, odwiedzić Agnieszkę na stoisku Europress Polska, gdzie niezmiennie byłam zadziwiona ilością tytułów prasy zagranicznej (w językach obcych), a najbardziej tym, że można kupić magazyn kulinarny Jamiego Oliviera na bieżąco, pojedyncze numery, a u nas tylko prenumerata. No, ale ja to wszystko mam u siebie pod ręką na co dzień, najważniejsze były znowu rozmowy, spotkania i świetne dziewczyny, które z 'moją' Agnieszką w te targi pracowały. Nigdy mi nie dosyć fajnych ludzi wokół.

Zajrzałyśmy to tu, to tam i pognałyśmy z Kaliną na plac Grzybowski. Nigdy nie zapomnę tej drogi, bo dojechałyśmy tramwajem do Nowego Światu, a potem cięłyśmy przez Świętokrzyską w remoncie, stąd kluczyłyśmy między blaszanymi płotami, musiałyśmy się cofać, bo nie raz wylądowałyśmy w 'ślepej uliczce' tego labiryntu. Upał-nagrzana blacha-żołądek-słabość ciała to była straszna mieszanka. Kiedy już dotarłyśmy do teatru, czułam się jakby to był jakiś cud świata klimatyzowany. No i mogłam wreszcie usiąść.
Ale wcześniej zachwyciłam się piękną kamienicą vis a vis teatru. Czy na zdjęciu widać, że tam są portrety na budynku?


Powiększyłam zdjęcie kosztem jakości, żebyście dojrzeli.

Spotkanie bardzo ciekawe, bezczelnie zapożyczę zdjęcie od Kaliny z jej bloga, bo nie mam takiego fajnego


Tyrmand to dla mnie niezwykle ciekawa postać. Wiele się o nim ostatnio mówi i pisze, ale tym razem było trochę inaczej, gdyż obecna na scenie była Barbara Hoff, sama w sobie ciekawa postać, a tu na dodatek żona Tyrmanda i o tej części swojego życiorysu, o nim właśnie, mówiła niezwykle ciekawie. Próbowała obalić niektóre mity z nim związane, trochę krytykowała Urbanka za jego książkę o Tyrmandzie, nie czytałam jeszcze, więc nie wiem, czy to po prostu żałość na to, że on dotknął czegoś kontrowersyjnego, co przez bliskich jest postrzegane inaczej, czy faktycznie Urbanek się tam nie popisał. Muszę to skonfrontować.
Polecam wam ten cykl spotkań, było ich już 10, a w nowym sezonie będą następne. Prowadzi je zawsze pieczołowicie przygotowany Remigiusz Grzela.
Nie miałam czasu podyskutować o tym spotkaniu z Kaliną i jej mamą, która się z nami wybrała, bo już musiałam biec do Polskiego Radia RDC na spotkanie z Teresą Drozdą w audycji Strefa Kultury, którą prowadzi w każdą sobotę i niedzielę.
Bałam się, że nie przedrę się na czas przez miasto, bo w okolicach 18, tak jak moje wejście na antenę, miał się skończyć mecz na stadionie Legii. Spodziewano się zablokowanych ulic, tłumu kibiców, wolałam nie ryzykować niedotarcia do studia.
Podawałam link do podcastu, czyli nagrania tej audycji, które jest do odsłuchania na stronie internetowej, na Facebooku, ale podam i tu, bo wiem, że mam czytelniczki bloga, które nie zaglądają w ogóle na portale społecznościowe.
http://www.rdc.pl/publikacja/strefa-kultury-hrabal-wolek-teatr-w-barach-mlecznych-i-ciekawe-lektury/
z list trzeba wybrać suwaczek drugi od dołu.
Zaproszenie do tej audycji to dla mnie wielka radość, bo bardzo sobie ją cenię i słucham co tydzień, jeśli to tylko możliwe. A jak nie na żywo, to zawsze odsłuchuję nagranych rozmów.
Z powodu wcześniejszego przybycia miałam czas odetchnąć, posiedzieć z kawą w pięknistym, słonecznym w kolorach, pokoju do tego przeznaczonym


Sama audycja - co tu dużo mówić, siebie oceniać jest trudno, ale rozmowa z Teresą to zawsze sama przyjemność, kiedy rozmówca nie pozostaje obojętny, nie jest rozkojarzony, kiedy rezonuje podczas wymiany zdań, to wszystko idzie gładko. Miłe doświadczenie, świetna atmosfera.
No i siedziałam w tym samym fotelu, co Jan Wołek. Może metodą kropelkową, dotykową, siedzeniową czy jakkolwiek, przyswoiłam trochę jego wrażliwości i mądrości :-)

Z Myśliwieckiej (Papryczko! tam jest stoisko Trójkowe w korytarzu, cóż za gadżety) odebrała mnie Agnieszka, wracała z targów i mnie zgarnęła, żeby zabrać mnie do siebie, do Wołomina. A tam znowu rozmowy, pyszne sushi (pierwszy raz jadłam je nie z surową rybą, a w tempurze).  Jednym zdaniem to, co pamięta się całe życie, takie spotkania są bezcenne.
A w poniedziałek to się dopiero działo :-)

poniedziałek, 2 czerwca 2014

I co dalej? I co dalej?

 To już norma, że kiedy jestem w Warszawie i latamy z dziewczynami jak opętane po mieście, wracamy  z Dorotą do jej domu późno, rodzina dawno w pieleszach, a my zaczynamy się tłuc po ścianach, a bo herbatka, a jeszcze włączę laptopa, zobaczę oferty na publio, a co jutro na targach będziemy zaliczać itd. Niby ciemna noc, a dla nas dopiero początek. W piątek poszłyśmy spać chyba o 3. Taka sytuacja.
Do soboty na targach trzeba się było przygotować. Najbardziej naładowany atrakcjami dzień. Sama nie wiedziałam, czy nastawić się na zaliczanie kolejnych spotkań z pisarzami, czy na luzie się przechadzać, czy polować na znajomych, czy sobie w łeb strzelić, bo klęska urodzaju zaczęła mnie przerastać.
Leciałam z nóg, ale jeszcze nochala wsadziłam w gazetkę targową i próbowałam bez okularów dojść, kto gdzie i o której. Nie zawsze czytam ubrana w szkła, ale ta gazetka jest wydrukowana (pewnie ze względu na masę tej informacji) tak małą czcionką, że potrzebne mi nie tylko okulary, ale dodatkowo jakieś szkło powiększające by się przydało, takie kupowane przez starszych ludzi do czytania etykiet na lekarstwach.
Chociaż nie powiem, upojenie piwem smakowym nieznacznie pomogło, w tym zakresie, że mi było wszystko jedno i jak tylko załapałam dwie pierwsze litery, zakładałam, że to PAwlikowska Beata na przykład. Nie dochodząc czy to nie przypadkiem PAwlak Romek. Po długości nazwiska koncypowałam.
Oczywiście pierwsze minuty na targach w sobotę zweryfikowały moje chcenia i niechcenia. Wiedziałam, że mam do zaliczenia trzy zdarzenia - spotkanie z Mariuszem Szczygłem, który podpisywał książki na stoisku Czarnego, zakupienie i podpisanie u autora najnowszej powieści Piekary dla mojej córki, a potem po 16 spotkanie z Markiem Dannerem prowadzone przez Remigiusza Grzelę. Reszta czasu była zaklasyfikowana - zobaczymy, co się da, co się zdarzy.
Na takich imprezach trzeba zachować zimną krew. To się po prostu w pale nie mieści, ile tam się dzieje i od razu trzeba się pogodzić z faktem, że nie zaliczy się wszystkiego. Priorytety trzeba określić, a reszta jak Bóg da.
I tak też się stało. Od wejścia pognałam kurcgalopkiem do Mariusza Szczygła. Ustawiłam się w kolejce zrozpaczona, że taka długa, bałam się, że nie zdążę do Piekary po podpis na książce dla Miśki, a to było równie ważne. Dorota mnie postanowiła wesprzeć, chociaż sama miała listę długą jak spektakle Lupy. Ustawiła się pod stoiskiem Olesiejuka, które gościło pisarzy z Fabryki Słów. Okazało się jednak, że pan Piekara był chory i wylądował w szpitalu. Żal. Oczywiście życzymy mu zdrowia, ale nie mogłam się oprzeć natrętnemu poczuciu ściemy, bo raptem kilka godzin wcześniej ukazała się na FB informacja, że Charlotte Link nie przyjedzie na targi, bo jest w szpitalu. A wcześniej inna pisarka, tym razem polska, też ciężko chora odwołała. Rozumiem, że to się mogło zbiec w czasie, ale jak się dostaje takie informacje jedną po drugiej to kojarzy się z tłumaczeniami związanymi z absencją na klasówce z matematyki (umarł mi dziadek - to ile Ty masz tych dziadków Jasiu?)

Tyle dobrego, że mogłam sobie spokojnie do tego Szczygła w kolejce czekać.


Gdybym miała pisać, za co cenię tego człowieka, musiałabym tu strzelić esej na kilka tysięcy słów, powiem więc tylko tyle - każdy z jego fanów, który podszedł do jego stolika, usiadł do podpisania książki, dostał od niego w tym momencie, w tej minucie czy trzech, maksimum uwagi. Już wiem, zawsze wiedziałam, ale to kolejny dowód, dlaczego ludzie mu ufają i pewnie dają się wciągnąć w rozmowę, zwierzenia, może nawet sami się z tym pchają, bo jak tylko się człowiek znajdzie w polu rażenia Szczygła, natychmiast ma ochotę rozebrać się do rosołu emocjonalnie. Wszystko mu powiedzieć. W sumie to przerażające.
Nie jestem osobą, która umie dojrzeć aurę u innych. Ale gdybym widziała, założę się, że u Mariusza Sczygła byłaby ona w kolorach najlepszych i najpiękniejszych - jakaś złoto-niebiesko-brzoskwiniowa. I jak się człowiek znajduje w jej zasięgu, to wszystko takie się właśnie staje - ciepłe, słoneczne, niebieskie jak letni dzień i aksamitne jak skórka greckiej brzoskwini. Taki jest Mariusz Szczygieł.
Na dodatek mądry i utalentowany.
Monopolista.
Dostałam i ja swoje kilka minut z czasu Pana Mariusza, piękny autograf do kajeciku (specjalny na ten cel przeznaczony Moleskine z kremowymi stronicami), ciepła rozmowa, szkoda, że tak krótko.
Po odejściu od stolika, zygzakami odeszłam w siną dal, całkiem nie wiedząc, co dalej. Już mi przestało na czymkolwiek zależeć. Poważnie.
I dobrze, bo wokół było pandemonium, najazd Hunów na stoiska, nie można było przejść alejką. Z jednej strony świetnie, bo to oznacza, że ludzie czytają, twórców kochają i w ogóle jest świetnie, tylko statystyki kłamią.
No i niech, w ten weekend zajmować się mizerią czytelnictwa i kłopotami wydawnictw niepodobna, w każdy inny dzień, tydzień roku tak, ale nie pod koniec maja.

Dalej na stoisku Zwierciadła znalazłam Ałbenę Grabowską-Grzyb, nie dość, że piękną, to jeszcze utalentowaną pisarkę, która promowała swoją nową powieść Lot nisko nad ziemią. Zachwyciła mnie jej powieść Coraz mniej olśnień (udany tytuł na dodatek) i mam nadzieję na równie udaną lekturę, tym bardziej, że dostałam tę książkę od autorki, niezwykle cenię sobie takie gesty.
A wraz z nią spotkałam tam inną, równie piękną i mądrą pisarkę Agnieszkę Walczak - Chojecką.
Od razu pożałowałam, że nie mam dwuczłonowego nazwiska, jak widać to pomaga pisać :-)


Miło mi było je zobaczyć, uściskać, porozmawiać chwilę. Ałbena była zajęta, ale przekazała mnie w ręce Pani Anny, specjalisty od sprzedaży w Grupie Zwierciadło.
Nawet nie wie, jaką mi przysługę uczyniła. Niezwykle cenię sobie rozmowę z mądrymi ludźmi, którzy słuchają, rezonują, podejmują ciekawą dyskusję, rozumieją w pół słowa i ja ich łapię w lot. Nic nie zgrzyta, nic nie uwiera jak drzazga pod paznokciem, nie ma zniecierpliwienia, nie ma granatów zaczepnych. Swoboda i czysta przyjemność z rozmowy.
I dużo wody, bo tam był niestety upał.
Nie zdziwicie się pewnie, kiedy powiem, że przesiedziałam i przegadałam tam dwie godziny, w ogóle nie czując upływu czasu i już trzeba było iść na spotkanie z Markiem Dannerem. Miałam też nadzieję na kilka minut rozmowy z Remigiuszem Grzelą.

Spotkanie było niezwykle ciekawe, nie znałam książki o masakrze w El Mazote w Salwadorze, ale słyszałam o niej i miałam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej, zanim po nią sięgnę.
Jak się potem okaże, takich spotkań zanim coś przeczytam, będzie więcej.
Autor okazał się niezwykle ciekawym opowiadaczem, to wcale nie jest takie oczywiste. Wprawdzie mówił po angielsku, ale miał fantastycznego tłumacza, który konsekutywnie przekazał wszystko to, co Mark Danner chciał, niezwykle dokładnie, nawet w tym samym stylu. Żałuję, że nie znam nazwiska, bo bym tu imiennie pochwaliła.
Dla mnie to było trochę trudne do przejścia, bo świetnie znam angielski i musiałam wszystkiego słuchać dwukrotnie, ale po jakimś czasie się rozluźniłam i w czasie, kiedy była wersja polska, miałam czas na rozglądanie się po sali.
Dwa rzędy przede mną siedziała kobieta, która mnie fascynowała swoim zachowaniem. Jakoś takie dziwne pozy przyjmowała. Raz myślałam, że zasnęła, raz, że umarła, a ona na koniec powstała i wypięła się na mnie prawie gołym tyłkiem, jedynie ubranym w niebieskie stringi. Nie wiem, jak ona to uczyniła, że jej się spódnica do pasa przylepiła.
Tak mnie to zaskoczyło, bo tu rozmowa o torturach, masakrze, o tym, jak kobieta widziała śmierć swoich dzieci, czyli mrozi krew w żyłach, a nagle prawie goła dupa. Aż wyrwało mi się bluźniercze w tej sytuacji  - o Boże! Magda z Kącika z książkami też to zauważyła i zaczęła się obok mnie śmiać. I odbyło się to na zasadzie - nie patrz na Magdę, uspokój się, nie patrz na Magdę. A ona - nie patrz na Kaśkę, uspokój się, nie patrz na Kaśkę. Bo wyobraźcie to sobie, Mark Danner mówi o takich poważnych sprawach, a my, chyba na zasadzie odreagowania, dostajemy głupawki nie do opanowania na widok czyjegoś tyłka.
W rzędzie przede mną, lekko na lewo siedziała kobieta, która próbowała odwalić show pod tytułem - jestem człowiekiem walczącym i wywalę kawę na ławę. Miała w sobie coś z szaleńca, dopuszczono ją do głosu, ale szybko się zorientowali, że zacznie łapać figury i Remigiusz Grzela zgrabnie sobie z nią poradził. I elegancko, co nie było łatwe w tej sytuacji.
Niestety nie udało mi się porozmawiać z autorem Złodziei koni, trudno. Nie można mieć wszystkiego.

Po tym spotkaniu pognałyśmy na Grochów do Kici Koci na spotkanie blogerów. A tam znowu to samo, czyli osiemset piw smakowych z niezależnych browarów. Dobrze, że ja nie mieszkam w kraju, bo bym musiała na gruponie kupić pakiet na spotkania AA.
Poznałam fajnych ludzi, niektórych pierwszy raz, blogów nie znałam, a niektórzy to byli moi blogowi idole - Kasia Sawicka z Mojej Pasieki i Ela z Kombajnu Zakurzonej. Wzruszyłam się bardzo.
Jak to na takich spędach, trudno było ze wszystkimi pogadać. Tym bardziej, że one szybko poszły i tyle ich widział.  Potem doszły dwie super laski, blogerki Iw-od nowa i Inwentaryzacja krotochwili. Więc otarłam łzy. Oczywiście byli też inni ważni dla nas, w tej grupie książkowej, wspomniana Magda i Agnieszka z Książkowo, Iza z Czytadełka. A także pisarki, ale chyba już wymieniać nie będę, bo się na tym na pewno wyłożę. Wiem, że wielu pominęłam, wybaczcie.
Siedzieliśmy w ogrodzie i dobrze Jolanta Kwiatkowska zauważyła, że to całkiem jak na działce u znajomych.



No i znowu powrót do domu Doroty, znowu ten sam rytuał, herbata, coś do jedzenia, plany na drugi dzień, prawie świt nas zastał. A w niedzielę to dopiero się działo.